Jerozolima. Esej fotograficzny – pierwszy . Izrael (5)

Trudno jest coś napisać o tym miejscu, czego by nie napisano. Nie zabrzmi oryginalnie informacja, że ma więcej imion niż większość miast na świecie. Syjon, Jeruzalem, Ariel, miasto Dawidowe… Jerozolima.

Podróż z Tel Awiwu, do centralnego dworca Jerozolimy, zajmuje około 50 minut. Autobus nr 405, wyposażony w doskonałe łącze internetowe (jak wszystkie tutaj), mknie z przedmieść Tel Awiwu do Jerozolimy, unosząc na swym pokładzie ludzi takich jak ja, turystów, ale zdecydowanie dominują młodzi Izraelczycy. Większość z nich to żołnierze i żołnierki. Bertolt Brecht byłby zadziwiony tą zamianą sprawnej markietanki Mutter Courage, na równie przebojową kobietę-żołnierza, noszącego ciężki worek z czymś tam i karabin.

Kipy pasażerów widziane z tylu autobusu rytmicznie falują, gdy bierzemy kolejne zakręty wzgórz, zanim docieramy do Jerozolimy.

Izrael, z perspektywy nie-pielgrzyma jest co najmniej tyle wart, co doświadczenie pielgrzymie. Patrzę przez szybę autokaru i widzę z rzadka opuszczone osiedla w dolinach. Przypominają mi to, co w jakimś sensie jest niemal biblijnym wyobrażeniem tej ziemi. Kamienne domy, małe okna, sterczące drzewa oliwne w ich otoczeniu.

Podróż do i po Izraelu oznacza, że w miejsce tego co wokół i co naprawdę, wypełniamy swoją pamięć obrazami Ziemi Świętej do jakiej mentalnie tęsknimy, jaką znamy z literatury, Biblii lub po prostu z naszych o tym miejscu wyobrażeń. Przypomina mi to poszukiwania Japonii, jakiej podejmują się turyści przybywający na wyspy i mający w głowie, w miejsce wrażliwości na to co zobaczą, obrazy wyniesione z drzeworytów Hiroshige, kadrów Kurosawy, czy komiksów manga. W końcu nie widza niczego i wracają rozczarowani.

Jerozolima wita mnie wiszącym mostem Harfą Dawida, który znajduje się w pobliżu dworca autobusowego i – co z uwagą zauważam – niemal w sąsiedztwie izraelskiego ministerstwa finansów.

Kilka kroków dalej, znajduję przystanek tramwaju linii nr 1 i po pomocy udzielonej mi przez uczynnego pracownika komunikacji miejskiej mam w ręku bilet na podróż w okolice starego miasta i Bramy Nowej w pobliżu Wieży Dawida. Po raz kolejny przekonuję się w Izraelu, jak w niewielkim stopniu pomaga tutaj j. angielski. Przynajmniej automat do biletów nie mówi w tym języku i bez pomocy odzianego w pomarańczową kurtkę pracownika  pomagającego takim nieszczęśnikom jak ja, spędziłbym przy nim dodatkowe minuty, odczytując nieznany mi hebrajski, oczywiście zapominając, że mam czytać  od prawej do lewej i poszukiwać sensów, których nie odnajdę.

Sunę ulicami miasta w nowoczesnym cielsku tramwaju. Kilkadziesiąt minut i docieram w okolice miejscowego ratusza. Tuż obok wyrastają mury starego miasta. Biały i żółciejący kamień z jakiego wzniesiono Jerozolimę daje mi poczucie przynależenia i bezpieczeństwa. Odtąd będzie mi towarzyszył przez cały czas. Nie mogę inaczej widzieć tego miasta, niż przez pryzmat bieli jego kamieni.

Jest też inna perspektywa. Sugestywne i porywające wizje bł. Anny Katarzyny Emmerich. Idealne wprowadzenie do tego, by przejście przez stacje drogi krzyżowej na Via Dolorosa, stało się czymś więcej niż prostym spacerem, przerywanym głosami sprzedawców i potknięć o schody lub zderzeń z innymi przechodniami. Zanurzam się w miasto.

Jerozolima. Zapis fotograficzny pewnego wczesnomarcowego dnia.

Terra sancta Holy Land (Christian Section)

Własna droga / My own way (Jerozolima, 2017) Na ulicy / In the street (Jerozolima- Jerusalem, Israel, 2017)

Scene in the city / Sena uliczna (Jerozolima) Heading for the Western Wall / Jadac w stronę Murru Zachodniego (Jerozolima, 2017)

Via Dolorosa, Jeruzalem Droga. Stacja trzecia. Via Dolorosa Station 3.

 Jerusalem web /Pajęczyna Jeruzalem Uliczki Starego Miasta - Złota Kopuła

 Pepek świata / The very center of the world (Jerusalem, The Church of the Holy Sepulchre)

The place/ To miejsce (The Church of the Holy Sepulchre - Bazylika Grobu Bożego)

 Holy Sepulchre / Grób Boży (Jerozolima) Kaplica Grób Boży po remoncie / The Chapel of the Holy Sepulchre (after renovation in early 2017)

Kobiety na Gogocie / Women on Calvary(The Church of the Holy Sepulchre / Bazylika Grobu Bożego)  Golgota / Calvary

Orthodox monk / Mnich ortodoksyjny 

Krzyże / Crosses (left by Crusaders)

 Meeting / Spotkanie (Jerozolima, Bazylika Grobu)

Dotknięcie / Touch (Stone of the last The Stone of Anointing) Dotyk / Touch (2nd version)

Western Wall / Ściana Zachodnia (1) Western Wall / Ściana Zachodnia (2) Western Wall / Ściana Zachodnia (3)

Popatrz! / See there! Western Wall / Ściana Zachodnia, Jerozolima At the Western Wall / Przy Murze Zachodnim

Modlitwa / A Prayer (Jerozolima)

Flagi / Israel (Old Jerusalem, Jeiwish Section)

Coming out of the shadow / Wychodzenie z cienia (Latin Section, Jerusalem)

Co ja tutaj robię? What Am I doing here (Jewish Section, Jerusalem)  

Starwberries / Truskawki (Close to Damascus Gate / Pobliże Bramy Damaszku ( Jeruzalem) Handlarz dywanów (Jeruzalem) / Salesman of the carpets, Jerusalem

Wspinaczka do nieba / Stairway to heaven (Western Wall)

Paradies'gardens / Rajskie ogrody (Jeruzalem) Mon over the city / Księżyc nad miastem

Śląskie pielgrzymowanie. Między Bardo, a Annabergiem

Ilekroć stoję na prawym brzegu Nysy Łużyckiej i spoglądam na miasto Göerlitz wznoszące się ponad jej nurtami, uświadamiam sobie, że znajduję się na dosłownym i symbolicznym przecięciu dróg i szlaków w tej części Europy. Wśród nich były te dwa najważniejsze: Via RegiaVia Sacra.  Ta druga wiodła między innymi do jednego z peregrinationes maiores chrześcijaństwa zachodniego, do odległej o tysiące kilometrów katedry św. Jakuba w Santiago de Compostela…

W obrębie średniowiecznych, a śląskich narracji pątniczych, do najbardziej znanych należy Pielgrzymka Piotra Rindfleischa do Grobu Pańskiego w 1496 roku.  Fascynująca lektura i wciąż wiele pytań. Wśród nich i to, dlaczego Piotr z metropolitalnego Wrocławia, porzucił wygodne życie i wyruszył na niebezpieczny i trudny szlak do Jerozolimy…

Obecność Śląska i Ślązaków na Via Sacra, dzisiaj rekonstruowana przez przeróżne grupy i pasjonatów historii Europy Środkowej, daje okazję do przypomnienia o bogactwie śląskiej tradycji  pątniczej i jej miejscu w kulturze duchowej i społecznej Górnego Śląska.

Pielgrzymowanie na Śląsku wpisuje się w szerszy obraz tego zjawiska, umieszczając go między sferami życia religijnego, społecznego, czy narodowego. To oczywiste, że obecność Ślązaków na szlakach pątniczych wykraczała poza owe trzy peregrinationes maiores:  Ziemię Świętą, Rzym i grób św. Jakuba  (Większego) Apostoła (miejsc zrównanych co do rangi przez papieża Aleksandra VI w 1497 roku). Jak paciorki na różańcu pielgrzymim, na drodze śląskiego pątnika nanizane są i inne miejsca, do których przybywały ich kolejne pokolenia… Były na miejscu, było łatwiej (taniej, a to ważne) do nich dotrzeć i w jakimś sensie leżały bliżej ich, śląskich, serc…

Śląskie drogi pielgrzymie były i pozostały widomym wyrazem etnicznego zróżnicowania regionu. „Boże drogi” i sanktuaria wytyczane były od  średniowiecza, przez okres kontrreformacji, aż po wiek XIX. Za sprawą dramatycznych losów mieszkańców dzisiaj zamieszkujących Dolny i Górny Śląsk, działo się tak także po 1945 roku, gdy cudowne obrazy i relikwie świętych przenoszone były na Śląsk z dawnych Kresów II Rzeczypospolitej, dając początek nowym miejscom kultu. Głównie Maryjnego.

Wśród sanktuariów związanych ze Śląskiem, tymi najważniejszymi były Bardo (Wartha), Trzebnica (Trebnitz), i przede wszystkim Wambierzyce (Albendorf), zwane śląską Jerozolimą. Na terenie Górnego Śląska były to sanktuaria na Górze św. Anny (Annaberg) i w Piekarach Śląskich (Deutsch Piekar). Już od najwcześniejszych lat miejsca te były punktem spotkań pielgrzymów z krajów niemieckich, z Polski i ziem czeskich. Na bardzkiej kalwarii istniały trzy drogi pątnicze: biała (niemiecka) i kalwaryjska (polska i czeska). To odbywające się ponad podziałami  narodowymi spotkanie pielgrzymów obserwować można w wielu ośrodkach pielgrzymkowych współcześnie. Tylko do grobu św. Jadwigi w Trzebnicy wciąż coroczne przybywa dwadzieścia tysięcy pątników, z czego blisko dwa tysiące stanowią pielgrzymi z Niemiec…

Ścieżki i dukty pątnicze Ślązaków (co oczywiste) wiodły także poza Śląsk. Do niezwykle ważnych należały te znajdujące się na terenie Polski, w Częstochowie (Sanktuarium Matki Boskiej Częstochowskiej na Jasnej Górze), w Krakowie (powiązane z kultem św. Stanisława i osobą św. Jacka Odrowąża). Mniej popularne, choć mające swoje miejsce we współczesnej historii religijnej i społecznej Europy, były pielgrzymki Górnoślązaków na Pomorze i Warmię, między innymi do sanktuarium maryjnego w Gietrzwałdzie. O tym ostatnim wspominał Melchior Wańkowicz Na tropach smętka.  Zapuszczano się także na południe, na tereny Śląska austriackiego i pozostałych ziem Habsburgów.

Motywy religijnego pielgrzymowania na Górnym Śląsku w XIX wieku i na początku XX wieku, kiedy doszło do zintensyfikowania ruchu pątniczego wśród Górnoślązaków, doczekały się już badawczej analizy i interpretacji. Kilka lat temu śląskie pielgrzymowanie było tematem wystawy zorganizowanej w ówczesnym Muzeum Śląskim.

Pielgrzymki są wciąż zjawiskiem niezwykle żywym i ważnym w duchowym i kulturowym życiu mieszkańców Górnego Śląska. Liczby pielgrzymów przybywających do Barda, Wambierzyc, na Górę św. Anny czy do Piekar są nadal imponujące. Potwierdza to żywy charakter i atrakcyjność duchową pątnictwa, datujący się od już od XIX wieku. Heinrich Adamy w Schlesien vorgestellt nach seinem physischen und statistichen Verhaeltnissen (Breslau 1867), wspominał o blisko 100 000 osób pielgrzymujących do Wambierzyc każdego roku. Przed I wojną światową było to już ok. 200 000 osób. Współcześnie podobne liczby pielgrzymów przybywają na Górę św. Anny. W latach 90-tych XX wieku, było to blisko 200 000 wiernych i poszukujących (wiary? spotkania?), którzy pielgrzymowali na „ich” Annaberg.

Obraz pielgrzymowania na Górnym Śląsku nie byłby pełny bez przypomnienia tych wszystkich przedmiotów służących utrwalaniu pamięci o odbytej pielgrzymce i zyskanemu doświadczeniu religijnemu. Tej sfery kultury materialnej związanej z pątnictwem nie sposób przecenić, choć dzisiaj  przedmioty te giną w oczach w przerażającym tempie… wciąż chyba niedoceniane i lekceważone.

Znamienne dla pątnictwa na terenie Górnego Śląska jest to, iż poza materiałami drukowanymi, kancjonałami, modlitewnikami, na szeroką skalę rozwinęła się produkcja wyrobów okolicznościowego, czy nazwijmy je kommemoratywnego rzemiosła artystycznego. Pamiątki uczestniczenia w pielgrzymkach mieszczą się zdecydowanie w plebejskim nurcie kultury materialnej Górnego Śląska. Posiadają cechy estetycznie powtarzalne, wpisane w potrzebę odpowiadania na wrażliwość plastyczną możliwe licznego, bywa, że niewyrobionego grona odbiorców. Niektóre ocierają się o kicz i brzydotę, wykonywane były z tanich i nietrawałych materiałów (podobnie jak dzisiaj, masowo sprzedawane w tych i innych sanktuariach). Ale niosły ze sobą przede wszystkim wiarę i moc trudu pielgrzymiego, a nie wartość materialną. Ta najczęsciej była znikoma.

Mimo to, a może właśnie dlatego patrząc na nie dzisiaj pamiętajmy, że poza tym iż  kształtowały upodobania artystyczne naszych przodków, edukowały. Były jak kancjonały cennymi pamiątkami przechowywanymi w domach do końca życia ich właścicieli. Współcześnie nadal poruszają nas swoją prostotą i rodzimym charakterem. Obrazy sanktuariów w Wambierzycach, czy na Górze św. Anny trwają na porcelanowych dzbankach, kartkach pocztowych oprawionych w drewniane proste ramki, z wymownym napisem Andenken an Annaberg… Niezmienione od wieków. Są ostoją dla śląskiej pamięci i tożsamości. Niosą cząstkę emocji z camino, z dróg bożych i spotkań u celu pielgrzymki…

[Tekst jest adaptacją wstępu z katalogu towarzyszącego wystawie o śląskim pilegrzymowaniu zorganizowaną w Muzeum Śląskim w 2010 roku]

Annaberg. Fragment dekoracji porcelanowego dzbanka  Pamiątka z Góry św. Anny (wytwórnia CT, k. XIX wieku)

Współczesny widok Góry św. Anny (jesienna odsłona, 2013)  Andenken an St. Annaberg (przed 1905 r.)

Wnętrze bazyliki św. Anny, Góra św. Anny (2013)

 Miejsce (2013)

Pamiątki pelrzymkowe - Niemieckie Piekary, fot. L. Jodlinski

 Wyjście pielgrzymki gliwickiej w dniu 5 września 1926 r. (materiały prasowe, repr. Leszek Jodliński)

Pamiątka z Bardo (Wartha) (fragment fotografii na szkle) (pocz. XX wieku)

Zdjęcie pamiątkowe z Jasnej Góry (1932). Grupa z Łazisk Górnych (Agencja "Polonia")

Pozytywny bohater to nie bohater? Refleksja na Wielki Piątek

Odkąd pamiętam odgłos lecącego samolotu wprawiał mnie w stan zachwytu nad geniuszem jego wynalazców i ludzi, którzy siedzieli za sterami tych maszyn.

Patrzyłem, jak ponad Gliwicami latały Any-2. Zataczały kolejne koła i mozolnie wspinały się ku górze, by wkrótce potem kilku skoczków mogło oderwać się od kadłuba i poszybować w stronę zielonych pól gliwickiego lotniska.

Potem były pierwsze samodzielne wyprawy liniami lotniczymi. Było ich na tyle wiele, że przyznaje w pewnym momencie zupełnie przestałem zwracać uwagę, który to już raz. Ale, by nie były to wyznania zmanierowanego pasażera linii lotniczych Europy, Azji, Ameryki i Australii, emocje pozostawały wciąż te same. Przyznaje się do nich. Zachwyt, upajanie się tym co Ziemia ma do zaoferowania zarówno z wysokości kilku tysięcy metrów, jak i wówczas gdy zbliżamy się do niej i bezkarnie zaglądamy na ulice miast i osad, nad którymi przelatujemy. W mojej pamięci na zawsze pozostaną obrazy raf koralowych Australii, wzgórz i lasów Syberii, bezkresnych pól kukurydzianych środkowych stanów USA, czy krateru Fuji. Wierzę, że emocje te (choć może powierzchowne) są równe tym, których doświadczyli bracia Wright w 1903 roku lub wspominany tutaj przeze mnie na blogu „szalony” krawiec z Ulm, gdy podejmował beznadziejną dla niego walkę z grawitacją, ale tak fantastycznie spełniał i moje marzenie o lataniu…

Jakby doświadczeń wyniesionych z rodzinnych Gliwic było mało, niemal na specjalne życzenie, gdy znalazłem się w Amsterdamie, los sprawił, że zamieszkałem  na trasie dolotowej do jednego z największych lotnisk Europy, znajdującego się w podamsterdamskim Schiphol. Od tego dnia masywne, ogromne maszyny sunęły niewiele ponad 500 metrów ponad dachami kampusu Vrije Univeristaet w Amstelveen. Jednych budzą o poranku ptaki i rozgardiasz miasta. Mnie przez blisko rok wyrywały ze snu samoloty… i spektakl ten mnie nigdy nie znużył.

Wiele lat później coś podobnego zdarzyło się w Japonii, gdzie ponad Odaibą, w której mieszkałem, przelatywały samoloty zmierzające na tokijskie lotnisko Haneda…

Za sterami tych samolotów siedzieli ludzie, którym swój los i życie powierzali inni ludzie. Wielokrotnie tego doświadczając (bywało różnie przez te lata i wiem z własnego doświadczenia, co to znaczy odejść na drugi krąg, widząc już pod kołami samolotu nawierzchnię pasa lotniska), nie miałem wątpliwości, że to im zawdzięczam i swoje nomen omen uniesienia i bezpieczeństwo. Całkowite zaufanie i zawierzenie. Taki rodzaj relacji?

Po co to wszystko piszę? Bo irytuje mnie i przede wszystkim boli, gdy patrzę, czytam i słyszę, że komentując postać sprawcy (najprawdopodobniej w sposób dzisiaj już przesądzony) katastrofy Airbusa A320, nie wymienia się niemal w ogóle nazwiska pozytywnego bohatera tej tragicznej historii. Nazywał się  Patricka  Sonderheimer i był pierwszym pilotem tego samolotu. Patrick Sonderheimer… Patrick… Chcę zapamiętać… więc powtórzę je tutaj po wielokroć.

Niewiele o nim wciąż wiadomo, poza tym, że miał 34 lata, osierocił dwójkę dzieci… i od niedawna latał w tanich liniach Germanwings.

A dla mnie jest absolutnym bohaterem tej tragedii. Niestety cichym i medialnie nieistotnym można byłoby pomyśleć śledząc przekaz  w niemal wszystkich mediach polskich i w większości zagranicznych. A przecież każdy z nas chciałby z takim pilotem lecieć (i dolecieć) do miejsca, do którego zmierzamy, czyż nie? Wpaść w objęcia tych, którzy na nas czekają lub po prostu móc powiedzieć dzwoniąc do bliskich, że bezpiecznie wylądowaliśmy…

To Sonderheimer bezskutecznie próbował sforsować drzwi, które po zmianach z 11 września 2001 roku, były nie do sforsowania… Widząc i wiedząc co się dzieje, walczył, nie przestawał. Heroicznie, rozpaczliwie, pewnie wiedząc, że z każdą chwilą to walka daremna, ale nie może jej przerwać. Także dla tych, którzy ją obserwowali zza jego pleców i liczyli na cud…

Nie boję się dzisiaj napisać, że widzę w tym świadomość i determinację wytrwania i wypełnienia misji do końca, porównywalną do tej, którą musiał odczuwać ON idąc lżony i poniewierany ulicami Jerozolimy, a wcześniej pocąc się krwistym potem na Górze Oliwnej. Baliście się kiedyś? Tak naprawdę? Krwisty pot nie jest wymysłem ewangelistów. Mogło go nie zabraknąć i na pokładzie Airbusa A320. 8 minut zmierzania do końca, to okropnie długi czas. Można zobaczyć w tym momencie coś więcej niż całe swoje życie…

Patrick Sonderheimer był dla pasażerów do końca, dawał nadzieję, nie poddając się własnej słabości i w narastającej wokół beznadziei. Czyniąc to, jest dla mnie kimś wyjątkowym. Daje wiarę w ludzki wymiar niegodzenia się na niemożliwe i wiary w moc sprawczą, jaką nosimy w sobie. Bohater na tyle, by dopominać się tego, by jego nazwisko i pamięć trwała i przetrwała obraz szczątków samolotu i miazgi ludzkiej, jaka pozostała tam na zboczach alpejskich.

Patrick Sonderheimer. Mój bohater, wart wspomnienia w Wielki Piątek. Amen

Krzyż / Cross

Pielgrzymowanie. Jerozolima Męki Pańskiej

Wędrówki śladami męki i śmierci Chrystusa w Jerozolimie, to spotkanie światów: sacrum i profanum. Sfery te zresztą przenikają się czasami bardzo niejednoznacznie…

Bo czymże innym jak swoistą ambiwalencją dla przestrzeni sacrum jest status quo obowiązujący w Bazylice Grobu Pańskiego od połowy XIX wieku (ostatnie firmany sułtana osmańskiego z 1852 i 1853 roku). Nie sam status naturalnie, precyzyjnie określający rozgraniczenie praw poszczególnych kościołów w obrębie świątyni, lecz jego następstwa. Postawa najpotężniejszych rodzin religii chrześcijańskich (Ormian, koptów, prawosławnych i katolików), które nie potrafią wyjść poza własne ograniczenia. Skutkiem tego jest widoczna niechęć, skłócenie, a w efekcie stan zaniedbania i opuszczenia, którego doświadczamy niemal na każdym kroku w jednej z najważniejszych świątyni chrześcijaństwa…

Do Bazyliki nie wchodzimy pierwotnym wejściem  (jest zamknięte; należy bodaj do Ormian lub prawosławnych, w sumie jakie to ma znaczenie do kogo, skoro zamknięte?), wielokrotnie potykamy się o śmieci, a wiele z miejsc w kościele, ma raczej piwniczny niż sakralny wymiar. Są odrapane, brudne, pachnące wilgocią i tym co w nich zostało. Świątynia, bywa remontowana tylko po to, by przeciwdziałać ewentualnym katastrofom budowlanym. Bodaj najbardziej spektakularnym przykładem tego stanu rzeczy jest stalowa konstrukcja Anastasis (budowli skrywającej grób Chrysytusa) opinająca ją „ratowniczo” od… 1947 roku.

W Bazylice trwa typowy dla tego miasta i trzech dominujących tu religii rwetes. Niemal taki sam jaki spotkamy na uliczkach Via Dolorosa. Hałas, atmosfera rozpięta między piknikiem, a miejscem naznaczonym.

Pielgrzymi w pospiechu przechodzą przez trasę w obrębie Bazyliki. Prędzej czy później trafiają do kolejki stojącej do grobu Chrystusowego, gdzie – gdy bywa bardziej gorąco – porządku poza mnichami prawosławnymi, strzeże izraelska policja.

Lśniąca powierzchnia kamienia ostatniego namaszczenia (pochodzi w istocie z początku XIX wieku) bywa tak samo celem adoracji wiernych, jak i nachalnych czynności poświęcania wszystkiego co znajdzie się w plecaku turysty, pielgrzyma, czy handlarza „świętościami”. Tam ich wino z Ziemi Świętej, staje się jeszcze bardziej święte, bo na kilka sekund położone na zimnym kamieniu. Na marmurze lądują też liczne woreczki ziemi z Ziemi Świętej, różańce, części garderoby…

Miniaturowa forma Grobu Bożego („pomniejszona” skalą całej Bazyliki) spętana w stalowym uchwycie, stoi poczerniona, ogorzała od tysięcy świec, których światło niesie modlitwę wiernych lub jest rodzajem upamiętnienia obecności w tym miejscu.To dla tych,  dla których bazylika, to jedna z wielu i kolejnych atrakcji Jerozolimy…

Trudno jest w tym miejscu znaleźć  czas i miejsce na coś, co nazwać można wyciszeniem, rozmową wewnętrzną, chwilą modlitwy…

Ale też wiem, że istotną zmianą która nastąpiła od czasu mojego pobytu w Jerozolimie, jest i to także, że wymiar tamtych zdarzeń nabrał zupełnie nowego, konkretnego kształtu. Mogę z obrazem tym polemizować, spierać się o to jaki jest (wówczas gdy rozczarowuje lub zaskakuje), ale jest ze mną i już pozostanie.

 

Droga (Jerozolima, 2013) Życie o poranku na Via (Jerozolima, 2013)

Kaplica Adama (pod Skałą Golgoty)  (Jerozolima, 2013)

"Niewiasty nakładły wonności do martwych rąk, koło nóg i pod nogi" (z objawienia Bł. Anny Emmerich) (Jerozolima, 2013; kamień ostatniego namaszczenia)

Grób (Jerozolima, 2013) Grób i pielgrzymi (Jerozolima, 2013)

Świece przy Grobie (Jerozolima, 2013)

Wejście do Grobu... (Jerozolima, 2013)

Historia zapisana... Krzyżowcy (kaplica św. Heleny; Jerozolima 2013)

Miejsce (umieszczenia Krzyża Świętego; Jerozolima, 2013)

 

 

Betejem. 2014 lat później

Nie wiem, jakie było Betlejem 2014 lat temu… To znaczy domyślam się, rekonstruuję fakty, ale w oczach mam to współczesne miasto.

Wyobraźnię zbyt mocno obciążają obrazy, które z tamtym zdarzeniem, nie mają zbyt wiele wspólnego.

W obrazie współczesnego Betlejem, nie ma nic z tradycji franciszkańskiej, którą znamy i uznaliśmy za swoją.

Wjazd na obszar palestyńskiego Betlejem, to przejście do innego świata. Za murem, do palestyńskiego getta.

Chyba nie wszystko jest w porządku (jak słyszy się w oficjalnym przekazie mediów izraelskich), bo nadal bezpośrednio na przejściu granicznym nie można wykonywać zdjęć.

Robię je ukradkiem, zwabiony ironicznym graffiti witającym przybyszy.

Zdjęcia zbyt mocno ujawniałyby to coś, co bardziej krytyczne głosy,  nazwałyby obrazem pogardy i lekceważenia. Jednostki ludzkiej i odmienności.

Mimo to turysta i pielgrzym może się tam czuć dobrze i bezpiecznie.Trochę jak w parku tematycznym, gdzie kontekst poznania schodzi na plan dalszy i dba się o przede wszystkim o komfort przybysza.

Pielgrzym nie jest koniecznie zwiastunem dobrej nowiny i cudu narodzin. Z pewnością pozostaje nadzieją na to, że miejscowa ekonomia za jego sprawą, będzie się miała nie gorzej niż rok wcześniej, a mieszkańcy Autonomii w spokoju doczekają kolejnego dnia, miesiąca, roku…

Światy rozpięte między Jerozolimą (jak tutaj na zdjęciu widzianą ze Wzgórza Oliwnego), a biednym Betlejem, są metaforą losów Świętej Rodziny, której nikt nie chciał przyjąć pod swój dach i dlatego dotarła do odległego Betlejem. Myślę, że także współcześnie cud narodzin nie mógłby się zdarzyć w innym miejscu Ziemi Świętej.

Betlejem jest miejscem dla odrzuconych i trwających  w wierze. Zmienione przez cud – narodzin (Jezusa) i odrodzenia (narodowego).

Sacrum dla jednych. Refugium  dla pozostałych.

Dla tych ostatnich  sacrum schodzi na plan dalszy i jest jednym ze zdarzeń na osi czasu (przed i po narodzeniu Chrystusa).

To o nich szepczą trawy porastające brzegi Jordanu… i milczy wyschła Dolina Cedronu w Jerozolimie.

Witamy w Betlejem

Group photo. (Bazylika Narodzenia Pańskiego w Betlejem)

Ślad. (Wnętrze bazyliki Narodzenia Pańskiego w Betlejem)

Znak - to miejsce. Grota Narodzenia

Dotyk...

Uliczny warsztat. Betlejem Wytwórca krzyżyków. Betlejem

Franciszkańska wizja (Betlejem. Grota Mleczna)

Jerozolima. Widok z Góry Oliwnej