Noc w ogrodzie

Było śnieżnie, mroźnie i tak tylko tak cicho jak wtedy, gdy spadnie świeży śnieg.

Powstała seria zdjęć, będących poszukiwaniem –

konturu,

kształtu,

koloru

i utrwalaniem światła.

W tle śpiąca Opawa. Wieża kościoła św. Ducha.

Światła ulicy przedzierające się między budynkami i konarami platanów i świerków.

Nocna sesja w  muzealnym ogrodzie.

[Opawa, styczeń 2015 r.]

 Kadr no. 1

Kadr no. 2

Kadr no. 3

Kadr no. 4

Kadr no. 5

Kadr no. 6

Kadr no. 7

Ostatni kadr...

 

 

ODSUN!!! W teatrze o wysiedleniu Niemców sudeckich

Odsun!!!

„Wysiedlenie” (czes. Odsun!!!) to przedstawienie, które po raz pierwszy w czeskiej dramaturgii próbuje scenicznie uporać się z historią wypędzenia Niemców po 1945 roku. Historią „wewnątrzrodzinną”, bo mówi o losach wysiedlonych stąd Niemców, sąsiadów.

Czeska premiera sztuki miała miejsce 22 stycznia w ostrawskim teatrze im. A. Dvořaka i chyba, wnosząc po ciszy i braku szerszych komentarzy, nie wywołała jakieś znaczącej burzy medialnej i debat historycznych.

Autorzy co prawda licząc się z możliwą reakcją krytyki i środowisk politycznych zaznaczyli w programie sztuki, że jest to wyłącznie pewna wizja artystyczna wydarzeń z 1945 roku, a nie relacja historyczna opisująca „jak było”.

Sztuka o Czechach, bo już Niemców nie ma?

Prawdę mówiąc ten rodzaj ciszy wokół „Wysiedlenia” wcale mnie nie dziwi. Gdyby pokusić się o duży skrót interpretacyjny, to Niemcy w tej sztuce i całej historii nie są do niczego nikomu potrzebni i chwilami jest to raczej dramat o współczesnych Czechach i ich kraju, którym są trochę rozczarowani, a w każdym razie dostrzegają złożoność kapitalistycznej i unijnej rzeczywistości w której żyją. To codzienność, w której starzy ludzie są nikomu niepotrzebni, pracy nie ma dla nikogo, a stosunki międzyludzkie i dialog międzypokoleniowy opiera się na pustosłowiu i półsłówkach. Patrząc na to co dzieje się na scenie, można odnieść wrażenie, że Czechom nie pozostaje nic innego w życiu jak samotność i śliwowica (tej ostatniej też nie ma ochoty nikt pić, bo i zdrowie nie to). Wróćmy do „Wysiedlenia”.

Konstrukcja dramatu

Sztuka składa się z ciągu scen, z których większość ma miejsce w domu, w którym kiedyś żyli Niemcy, dokładnie Niemiec Alois ze swoją rodziną, a teraz mieszkają w nim Czesi. Oś narracji rozpięto między rokiem 1935, a 2013? 2014? Niektóre ze scen przywoływane są za pośrednictwem transmisji  telewizyjnych, będących, jak rozumiem, swoistym dokumentem „z czasów”, gdy w budynku miejscowej rady, zapadały decyzje, dotyczące sąsiadów – Niemców. Relacje z tych posiedzeń są filmowane z ręki, sygnał telewizyjny czasami zanika. Obraz jest czarno-biały.

Dom, raz jeszcze

Ten dom, to centrum (wszech)świata w przedstawieniu. Nie tylko dlatego, że jest swoistym miejscem rozrachunku z przeszłością i niemym świadkiem historii. Ma głębszą symbolikę.

Podobnie jak w Polsce, tak samo w Czechach, dopiero powódź 1997 roku i podjęte w jej wyniku remonty i odbudowy domów na terenach poniemieckich, sprawiły, że ich współcześni własciciele poczuli się po raz pierwszy, tak naprawdę u siebie, jak w domu…

Jesteśmy więc w takim właśnie czesko-niemieckim domu, gdzie straszy przeszłość (i współczesność, choć z innych powodów) i gdzie czasami jego mieszkańcy potykają się o przedmioty rodziny pana Aloisa i radiowe  pokrzykiwania Adolfa H. Wymownym rekwizytem i łącznikiem z przeszłością jest porcelanowa waza na zupę, która tak wtedy, jak i współcześnie towarzyszy mieszkańcom domu w trakcie niedzielnych obiadów. Zupa uśmierza konflikty, waza jest użytecznym rekwizytem dla Pani domu, gdy robi się przy stole gorąco.

„Prawo do posiadania domu, jest prawem człowieka” napisali po latach, w 1993 roku, Czesi Niemcom w jednej ze wsi (Lančov), z  której tych ostatnich wypędzono w 1947 roku. Wydaje się, że mieszkańcy i tego domu dobrze o tym prawie wiedzą, ale z różnych powodów nie chcą o tym mówić wprost i na głos. Zwłaszcza przy jedzeniu…

Co prawda, już wiedzą (wcześniej nie było to takie oczywiste), że domu tego nie stracą, ale nadal nie są pewni, co zrobić z przeszłością, która ich po prostu uwiera, jest bolesna i żywa. Myśli o przeszłości nie należą do miłych, a innych niż radosne, zmęczeni własnym życiem mieszkańcy domu nie chcą wysłuchiwać. Ma być „pohoda”. Pamiętacie co to za emocja i jaka czeska predyspozycja? Jeśli nie, odsyłam do książek Szczygła i mojego blogu.

Dlaczego?

Krążąc, od sceny do sceny, próbujemy ustalić dlaczego wypędzono Niemców i kto tak naprawdę, za to odpowiada.

Interesujące jest to, że przynajmniej na samym początku autorzy scenariusza, a za nimi aktorzy, są niejednoznaczni w swoich zachowaniach.

Próbują pokazać brak przyzwolenia Czechów na stosowanie zbiorowej odpowiedzialność w stosunku do czeskich Niemców za zbrodnie III Rzeszy. Chcą chronić i sprawiedliwie potraktować tych, którzy „choć byli Niemcami” zachowali się właśnie przyzwoicie i dobrze.

Cieszy ta próba pokazania, że istniała społeczna niezgoda na drastyczne rozwiązania stojące za polityką i dekretami Beneša, które miały ostatecznie załatwić sprawę Niemców w Czechach (bo tak o losie Niemców m.in na Morawach pisał w 1945 r. Beneš).

Nasz Niemiec, jest lepszy od obcego

W tym poszukiwaniu sprawiedliwości Czesi bardzo przypominają mi nas, Polaków. Sprawiedliwość, jak się szybko okazuje ma dotknąc „naszych Niemców”, „naszego Aloisa”. Tych innych nie-naszych już niekoniecznie. Tamtych „innych Niemców” nie znamy – mówią czescy bohaterowie sztuki – i ani za nich odpowiadać, ani ich bronić nie zamierzają.

Zachowanie to przypomina mi wzruszenie, które w polskiej literaturze potrafii ogarnąć słuchaczy koncertu Jankiela, boć to „nasz Żyd”, podobnie jak pozwolić bohaterowi filmu Agnieszki Holland „W ciemności” powiedzieć, że to są „jego Żydzi” i ich ratować. Nasi są też (lub mogą być) Ślązacy, jeśli polscy, bo gdy nie, to raczej nie nasi… itd. Obłęd.

Czesi mają w tej sztuce podobnie. Ratowanie Niemców przed deportacją, to jak szukanie wyjątków od reguły, kto nasz, a kto nie. Z góry wiadomo, że prowadzi to do nieszczęść i tak naprawdę nic nie zmienia w stosunku do zbiorowosci. Ten „nasz” Niemiec, też w koncu będzie ofiarą takiej czy innej postawy nienawiści.

Teatralny Alois (to dla ciekawych jego losów), ginie zabity strzałem w głowę (sytuacji takich było więcej i nie stanowiły odosobnionych przypadków w Czechosłowacji w tym czasie) przez jakiegoś czeskiego politruka, dla którego jest tylko Niemcem i nie wiedzieć czemu miałby ocaleć…

Władza, jako siła sprawcza

Gdy na scenie pojawia się pytanie dlaczego (wysiedlono, wygnano Niemców), okazuje się, że stała za nią okrutna i bezwzględna władza. „Z nią nikt nie wygra. Nikt jej sie nie przeciwstawi” – mówią bohaterowie. To ona, jak zauważali już wówczas niektórzy Czesi, groziła im upodobnieniem do nazistów (o czym pięknie  i odważnie pisał w 1945 roku publicysta Ferdinand Peroutká) i w dziele odwetu nie czyniła ich lepszymi od ich niedawnych prześladowców.

To co przykuwa uwagę w sztuce, to ciekawie zarysowany proces odchodzenia tych nielicznych sprawiedliwych, od  uczciwego osądu rzeczywistości, zwłaszcza gdy widzą, że w miarę upływu czasu stanowią mniejszość, która albo podporządkuje się większości albo doświadczy tego samego losu, co prześladowani…

Granice milczenia

Wysiedleniu pojawia się trudne pytanie o granicę, do której złu jesteśmy się w stanie przeciwstawić i tego momentu, od którego dylemat ten przestaje mieć znaczenie…

Współuczestnictwo (nawet milczące) jest udziałem w zbrodni, nieprawości, czy nie jest? Znajomo brzmią te pytania. Podobne, do tych które w Polsce padały przy okazji Jedwabnego, czy takich filmów jak „Pokłosie”. Nie stawianych zbyt często lub w ogóle w przypadku losu Górnoślązaków… po 1945 roku. 

Oczywiste odpowiedzi

Myślę, że było do przewidzenia, że w obrębie nararcji dramatycznej, sztuka będzie poszukiwała winnych w bezpiecznych obszarach życia społecznego. Obwiniać komunistów, bliżej niezdefiniowaną władzę (choć padnie w sztuce pytanie „przecież władza to my, prawda?” ), zwyklych i tanich oportunistów, czy wreszcie żądne krwi i rewanżu społeczeństwo. Czasami przewiną się przez scenę postaci po prostu nikczemne, ale – jak w przypadku tego rodzaju dramaturgii rozrachunkowej – stawianie pod ścianą nas samych, nie jest zbyt wygodne. Nikt tego nie lubi. To jasne.

Pytania

No i pojawia się pytanie ‘po co pamiętać’?

Bo przecież wojna była dawno temu. Bo przecież to już nie ma znaczenia, bo to przeszłość, a my żyjemy przyszłością i po to by wszystko było w miarę przyjemne i ‘v klidu’, jak się tu mawia.

Nie jest jednak przyjemnie w ogóle, choć czasami i sami autorzy sztuki mamią nas przekonaniem, że dla Niemców to kwestia zamknięta i nieistotna. Wprowadzają nawet do sztuki postać dość bezmyślnej Niemki, dla której dawny niemiecki kontekst domu jej chłopaka, a później męża, nie ma znaczenia.

W Czechach jest bardzo wiele osób, których nazwiska sugerowały ich długoletni proces asymilacji i przyjścia do świata języka i kultury czeskiej z domeny niemieckojęzycznej. Żydów, Niemców, Austriaków… Weźcie po prostu książkę telefoniczną do ręki, a przekonacie się o czym piszę.

Dla niektorych, ich inność, niemieckość w tej liczbie, to sprawa zamknięta. W latach 1945-1947 zostali narodowościowo zweryfikowani, a potem musieli tylko potwierdzać swoją „czeskość”.

Niektórym jednak jakimś dziwacznym zrządzeniem losu udało się zachować ich tożsamość i po 1989 roku się ujawnili i dzisiaj tworzą, także tutaj w Opawie związki Niemców w Czechach.

Tych ostatnich pytałem o ich stosunek do tego typu literatury rozrachunkowej.

Słysząc i wiedząc o treści przedstawienia, powiedzieli, że nadal nie mają siły, by się z tamtą historią zmierzyć, bo jest zbyt bolesna. Bo każdy człowiek ma prawo do swojego domu, bo to ludzkie prawo, jak już wiedzą miejscowi… A im prawo to odebrano…

Dobrze, że „Wysiedlenie” powstało

Pisząc o tym przedstawieniu z uznaniem należy podkreślić, że do takiej próby rozrachunkowej i podjęcia tematu wypędzenia Niemców doszło.

Należy docenić uczciwą próbę  pokazania społeczności niemieckiej w Czechosłowacji, jako tej którą polityka czechizacji przed 1938 rokiem, przesuwała na margines życia społecznego, pchając ku bezrobociu, frustracji i w stronę mitycznego wodza narodu zasiadającego w Berlinie… To nieco poszerza kontekst pewnych, nieobecnych scenicznie wyborów, przed jakimi Niemcy w Czecho-Słowacji stanęli opowiadając się za III Rzeszą.

Myślę, że inscenizacja ta powinna być w tej czy innej formie pokazana w Polsce, na Górnym Śląsku może w szczególności. Także po to, by zobaczyć jak  tamta rzeczywistość sąsiedzka się naprawdę kształtowała (choć sztuka tę sferę drastycznie spłaszcza) i jak okrutnie przebiegało wypędzenie Niemców (i ile było na nią społecznego przyzwolenia).

Gdy nie ma już sąsiadów

Nawet jeśli te aspekty dramatu nas rozczarują, nadal jest to – jak napisałem na wstępie – ciekawy obraz Czechów jakimi są dzisiaj w roku 2015, gdy ich sąsiadów – Niemców już nie ma, a życie przynosi inne problemy, które muszą sami rozwiązywać. Nowych sąsiadów już nie będzie. Są sami z… sobą.

***

Dramat ODSUN!!! Show must go on, (I. Buraj, M. Pivovar, D. Radová), Národni Divadlo Moravskosleyské, premiera 22 stycznia 2015 r.

Plakat

To tylko Preview. Galeria FIDUCIA. Odsłona 133

Na wystawę poszedłem z pewnymi oczekiwaniami. Znałem już niektóre cykle Libuše Jarcovjákovej, szczególnie te –  co osób znających mnie nie powinno specjalnie dziwić –  berlińskie i tokijskie.

Tym razem –  jak podkreśliła kuratorka wystawy Lucie L. Fišerova, Libuše Jarcovjákova, artystka z definicji pozycjonująca się off–streamowo w stosunku do tego co wokół, potraktowała i temat, i osoby z nim związane, jeszcze bardziej osobiście.

W ogóle Jarcovjáková jest takim intuicyjnym outsiderem w czeskiej fotografii. Przez kolejne lata oznaczało to raczej marginalizację niż pełne docenienie. Trochę niecodzienne jest w tym to – choć to paralela odległa i pokrętna ktoś powie – że jak w art brut (a może w sztuce intuicyjnej, by nikt nie posądzał mnie o tak jednoznaczne zaszufladkowanie twórczości Jarcovjákovej) tak i tutaj, a w jej fotografii w ogóle – emocja, błąd (często świadomy,  będący nie-błędem, a polemiką z konwencją), jest tak ważnym składnikiem estetyki jej zdjęć.

Lubię taką fotografię od czasu do czasu, nie tylko dlatego, że dla podobnych błędów mam tolerancję (skąd brałbym odwagę i siłę na publikowanie własnych zdjęć!?), ale przede wszystkim z tego powodu, że w ten prosty sposób Libuše Jarcovjáková, zdradza nam własny stosunek do natury świata, przypominając nam, jak w istocie ułomną i niedoskonałą jest owa rzeczywistość. I chyba (zaryzykuję taką tezę) jest bardziej zainteresowana artystycznym przetwarzaniem emocji jakie ów świat niesie, niż tworzeniem idealnych (także technicznie) obrazów tej rzeczywistości.

„To nie jest kobieca fotografia. Nie jest sentymentalna!”, zarzekała się nie Libuše Jarcovjáková, a kuratorka wystawy Lucie L. Fišerova. Jeśli zgodzić się z poglądem, że Libuša Jarcovjáková nie jest – w sposób łatwy i banalny uczuciowa – (n.b. czy to jest wyznacznik kobiecej twórczości?!?), to na pewno jej fotografia jest rodzajem wrażliwości powiązanej z potrzebą osobistego opisania interesującego ją wycinka rzeczywistości.  I dla jednych będzie to najlepsza droga do zrozumienia tego, co składa się na treść jej kadru, dla innych dostrzeżenie światów, których w ogóle wcześniej nie zauważali… To teza otwarta i do weryfikacji. Czekam na opinię samej Libuše Jarcovjákovej… Wiem, że będzie okazja.

To, co pokazuje w Ostrawie, jest początkiem nowego cyklu, który dopiero został podjęty i w wielu punktach pozostaje styczny z kilkoma tezami zaprezentowanymi powyżej.

Cykl Demiurgowie: Wstępna prezentacja/ Demiurgové: Preview, to zdjęcia wykonane w pracowaniach, mieszkaniach dwóch artystów, ludzi związanych z praską bohemą artystyczną Františka i Jany C.

Zdjęcia są bardzo intymistyczne (zawsze lubiłem ten nurt w malarstwie początku XX wieku, więc jakby spotykam tutaj dawno niewidzianego przyjaciela), choć dość radykalnie wkraczają w(e) (wszech) świat(y) tych osób. Światy, przedmiotów ambiwalentnie balansujących na granicy definicji zabytku, starej rzeczy i zwykłego śmiecia. W świecie tym  Libuše Jarcovjáková, a właściwie jej aparat, świetnie się odnajduje.  Jest zarówno lustrem dla zdarzeń, jak i zapewne po prostu bywa jednym z przedmiotów, mającym tam jakiś sens, choć zdarza się, że jest on niewiele większy od tego, jakim cieszą się sterty garnków i innych przedmiotów, między którymi krąży.

Co ciekawe i co sama podkreśla, lubi i ceni osoby, będące podmiotem jej fotograficznej dociekliwości i obserwacji. Zna ich historie i opowiadania, emocje. Coś odwrotnego do postawy Adama Lacha, gdy na festiwalu fotograficznym w 2014 roku w Rybniku opowiadał o potrzebie dystansowania się i nie angażowania. W tym cyklu światy stwarzane są pospołu przez demiurgów, których fotografuje lub są dziełem jej samej, gdy pozwalają jej po prostu być obok, grając przed nią lub ją lekceważąc…

W innym fragmencie swojej wystawy Libuše Jarcovjáková zachowuje się także, niech mi to wybaczy, jak encyklopedyczny nestor/klasyk(?) gatunku. Muzealnieje. Szuka wartości trwałych. Znaków uniwersalnych. Te znaki to jej martwe natury, które kuratorka Lucie L. Fišerova, ładnie porównuje do obrazów małych mistrzów holenderskich.

Porównanie zgrabne, ale nie wiem, co o takim widzeniu obrazów z Ostrawy  i tych z Niderlandów, powiedziałby Herbert. Umieszczone w specjalnych glass boxach, martwe natury Libuše Jarcovjákovej  posiadają głębię, kolor i namiastkę trzeciego wymiaru (lub czwartego, jeśli sztuka jest metodą opisującą rzeczywistość na swój, odrębny sposób). Ten rodzaj weryzmu i dosłowności, mieści się we wspomnianym na początku tego eseju jej (Libušy Jarcovjákovej) niedoskonałym opisywaniu świata i pokazywanie tego (poza łagodzeniem relacji i przestrzeni na obrazie), jakim jest naprawdę… (chyba).

Takimi myślę były, pozornie oczywiste i współcześnie niedoceniane obrazy Steena, Wouwermann, Cuypa gdy sprzedawano je na targach jak „obrazki z ulicy” znajdującej się niemal dosłownie za plecami kupującego. W tym sensie są one, te Libušove, gdzieś z tamtymi powiązane.

Demiurgowie… Twórcy światów ich własnych i osobistych.

A między nimi, z nimi lub obok Libuša Jarcovjáková. I pewnie dlatego wszystko na tej wystawie jest na swoim miejscu, co może (i stąd mój ukłon w stronę kuratorki wystawy) czynić ją interesującą. Jej nie-ład jest prawdziwy. Przemieszane techniki, odbitki barwne egzystujące obok czarno-białych. Kreacja Libušy Jarcovjákovej oparta na światach Frantiska i Jany. Co będzie dalej? Może zobaczymy. To tylko Preview

***

Wystawa Demiurgové: Preview (numer 133) potrwa do 24 lutego 2015 roku.

Katalogu nie ma (jak zawsze). Można robić zdjęcia.

Widziane na wystawie postaci czeskiej fotografii: Jindřich Štreit, Dušan Tománek (goszczony kilka tygodni temu w Galerii FIDUCIA z własną wystawą).

Warto zobaczyć.

Wystawa

Janá i... Libuše Jarcovjáková, (Galeria FIDUCIA, 2015)

Czeska fotografia - Jindřich ŠtreitStreit(l.) i Libuše Jarcovjáková (r.) (Galeria FIDUCIA, 2015)

Libuše Jarcovjáková i Dušan Tománek (r.), (Galeria FIDUCIA, 2015)

L&L. Libuše Jarcovjáková  (l.) i Lucia L. Fišerová, (Galeria Fiducia, 2015) 

Wystawa, Demiurgove: Preview (dokumentacja) 

Glass boxy (fragment wystawy w Galerii FIDUCIA, Ostrava 2015)

Martwa natura, (fragm. instalacji fotograficznej), Libuše Jarcovjáková (fot. L. Jodliński) Martwa natura na jednym z glass boxów,  Libuše Jarcovjáková. Fragment ekspozycji, Galeria FIDUCIA, 2015

Jana C. Fot. Libuše Jarcovjáková (zdjęcie z wystawy w Galerii FIDUCIA, 2015 L. Jodliński

Bez tytułu; z serii zdjęć o Frantisku. Fot. Libuše Jarcovjáková  (rep. L. Jodliński)

Demiurgove: Preview. Libuše Jarcovjáková. Fragment ekspozycji, Galeria FIDUCIA, Ostrava 2015 Frantisek, fot. Libuše Jarcovjáková (fragment wystawy w Galerii FIDUCIA, Ostrava 2015)

Supplement. Twarze FIDUCII: Dušan Tománek. Zbliżenia (2)

Na marginesie wystawy "Demiurgove..." Dušan Tománek - zbliżenie (1). Fot. L. Jodliński

Na marginesie wystawy "Demiurgove..." Dušan Tománek, zbliżenie (2). Fot/ Leszek Jodliński

Siedem świec za siedem milionów…

Zmęczony życiem, stary Żyd, potomek rodziców pochodzących z Ostrawy i Krnova, przyjechał tutaj aż z Australii, po raz pierwszy po 1945 roku.

Stał przed nami wyliczając kolejnych członków rodziny, którzy zostali unicestwieni w niemieckich obozach zagłady. „Wygraliśmy z zapomnieniem i ze śmiercią” – mówił do siedzących w karniowskiej  synagodze.

Dzisiaj, skromnie, powściągliwie świętowaliśmy w niej, my obecni tam, rocznicę wyzwolenia Auschwitz i dzień pamięci ofiar Holokaustu. Rocznicy odzyskania przez ocalonych prawa do życia i zobowiązania do pamiętania o tych, którzy odeszli, choć ich ciała zamieniono w popiół i chciano wymazać z pamięci żywych.

Jak w książce Mikołaja Grynberga i tutaj słyszę, jak ocaleni z dumą mówią o zwycięstwie nad Hitlerem i jego zamysłem ich całkowitego unicestwienia. Jesteśmy. Mamy dzieci, wnuki, prawnuki.

Przypominali też o tym, że powroty po Holokauście do domów, były czasami równie tragiczne i traumatyczne. Nie tylko nikt na nich nie czekał, ale czasami nikt się nie cieszył, że przeżyli.

W krnovskiej synagodze zapalono świece na tamtejszej menorze.

Świeca po świecy, upamiętniając pamięć o kolejnym milionie ofiar Holocaustu i tych, którzy niosąc pomoc Żydom, oddali za to własne. Tym obrazem zamykam serię zdjęć, które powstały dzisiaj w lodowato zimnym wnętrzu karniowskiej synagogi.

Wychodząc patrzyłem jak kiedyś-miejscowi Żydzi i ci, którzy wciąż tutaj mieszkają, ciężko i z trudem wspinają się po schodach do pokoju modlitw i zgromadzeń miejscowej wspólnoty. Tam jeszcze, raz jeszcze spotkali się, by przywołać obrazy i wspomnienia o bliskich i miejscach, których już nie ma.

Był w tym rodzaj radości, o której mówił dzisiaj jakiś polski więzień Auschwitz, gdy słuchałem relacji radiowej z byłego obozu.  „Nie byłem bohaterem, chciałem przeżyć. Po prostu. A dzisiaj przede wszystkim przyjeżdżam tutaj po to, by spotkać się z tymi, którym się to udało i  których dawno nie widziałem”. Podobnie chyba było dzisiaj, przy ulicy Sukienniczej w Karnowe…

Stary cmentarz żydowski (styczeń 2015 r.)

Żydowski cmentarz w Krnovie (styczeń 2015)

Pamięć i trwanie. (Spotkanie w krnovskiej synagodze, 27 stycznia 2015 r.)

Ocaleni. Krnov, 2015

Pamięć. Świece (1). Krnov, 2015

Płomień. (Świeca 6), Krnov, 2015

Siódma. Świece (7), Krnov, 2015

Menora. Siedem świec jak siedem milionów... Krnov, 2015

Ostrava jak Bejrut

Ostravo, Ostravo srdce rudé (J. Nohavica)

Ostrawa jak „Bejrut”. Nie wiem dlaczego, jak Bejrut właśnie…

Może dlatego, że z dzieciństwa wracają obrazy tego miasta masakrowanego nalotami i bombardowanego artylerią. Pokrytego kurzem z pustyni, który znam z Tunezji i bezdroży Indii. Drobny i do roztarcia między palcami. W kolorze ochry.  Pył podobny do brunatnego kurzu, jaki przez lata gromadzi się w pobliżu hut i kominów. Znam go z okolic Huty 1 Maja, wcześniej Gliwice, a jeszcze wcześniej… jakie to ma znaczenie?

Wczoraj zaczęło się od spotkania ze słoniem, któremu zabrano twarz. W miejscu wybitej dziury wyziera, napisana na odległym murze reklama salonu piękności… ‚Studio krasy’. Właściciel powinien zarabiać miliony, tyle w tym miejscu brzydoty…

W mojej podróży do teatru ( o tym specjalny wpis, bo sztuka „Wysiedlenie!!!” (czes. Odsun !!!) to coś dla Ślązaków), mijam dwa światy.

Za plecami pozostaje socrealistyczna fasada teatru im. A. Dvoraka.

Przede mną domy z zamurowanymi oknami, opuszczone, pobite – mój „Bejrut”, którego nie widziałem, a tutaj znalazłem…

 

Cykl Bejrut. Słoń

Cykl Bejrut. Light (B&W) Cykl Bejrut. Traffic (B&W)

Cykl Bejrut. Naroże/ Corner. (B&W)

Cykl Bejrut. Divadlo

Cykl Bejrut. Light (2)

Cykl Bejrut. Traffic (2)  Cykl Bejrut. Pustka (i dwie osoby w oddali)

Cykl Bejrut. Naroże / Corner

 

 

Ołomuniec. Obrazy alternatywne

Miasto już raz mnie zachwyciło. Byłem tam jesienią, gdy trwał Festiwal Światła.

Jest pięknie stare, autentyczne w tym jakie jest. Pachnie, śmierdzi, odpadają tynki, złocą się ołtarze i secesyjne dekoracje. Tego dnia wiatr był ciepły, topił resztki śniegu i niczego (jak było to w „Czekoladzie”) nie zapowiadał…

Miałem więcej czasu.  Choć kofola się do mnie krzywiła, bo nie piłem miejscowego piwa (tak to jest, jak się prowadzi), to zapamiętam to miasto także przez smak wyśmienitej kawy w Cafe 87. Przez witrynę kawiarni patrzyłem na miasto.

Gdy syciłem kubki smakowe, piętro wyżej nade mną, rozgrywały się sceny symboliczne w malarstwie czeskim (kawiarnia, choć w budynku muzeum, nie jest muzealna).  A tam Boehme dogadywał się z Silesiusem, a Wodnik współczująco patrzył na cierpienia Judasza. Absynt nie uśmierzał nieodwzajemnionej miłości…

Ołomuniec. Słowa i obrazy.  Alternatywne.

[Ołomuniec, 16 stycznia 2015 r.]

 Stare miasto

"Uśmiech" miasta

Gran Moravia

Tramka

Ogrodzenie / Stare żeliwo

Kościół (Kościół św. Mikołaja)

Okno / A kto widział bałwanka ? /

 

 

Obrazy zimowe. Hradec nad Morawicą

Miejsce często odwiedzane.

Dzisiaj spowite wstającymi mgłami i parującą wilgocią topniejącego śniegu.

Miejsce, gdzie można się wsłuchać we własne myśli i… zaoszczędzić na słowach.

Wyrazić nastrój obrazem.

Chrzęst  migawki współgra ze skrzypieniem śniegu pod nogami.

Cisza. Buty mokną…

Poranek, Hradec nad Morawicą, 17 stycznia 2015 r.

Dwa światy / Two worlds

Palace / Pałac

Czekanie na wiosnę / Waiting for spring

Palace (2) / Pałac (2)

Rzeka / River (Moravica)

Low visibility  / Słaba widoczność

Mały mostek / Little Bridge Trochę śniegu / A little bit of snow

Ścieżka / Garden path

Lace / Koronka

Plama / spot Ułomki / Broken pieces

Shadow (2) / Cień (2) Shadow (1) / Cień (1)

Las Birnam / Birnam Forrest

Biała (wieża) w białym / White Tower in White

Wieże / Pinacles

Bez tytułu czyli „Kaj tyn Opa?”

Felieton  powinien mieć jakiś tytuł, więc nie wiem co zrobię, bo go nie mam…

To znaczy mam, ale wyglądać będzie na to, że zapożyczyłem go z artykułu Marcina Wiatra, który ukaże się w najbliższym (jak zrozumiałem) numerze kwartalnika DIALOG pod tytułem Totalne osamotnienie. Deportacje Ślązaków do ZSRR.  Ten tytuł nie jest mi do niczego potrzebny, nie o tym wprost chce pisać. Czytając go natknąłem się jednak na śródtytuł, który przykuł moją uwagę. Oto on – Kaj tyn Opa?  I ten byłby już pożądanym tytułem dla mojego wpisu…

A więc będzie bez tytułu. To porażka autora, ale załóżmy, że już z resztą będzie lepiej?

Do napisania tego tekstu w pierwszej kolejności zainspirowała mnie (i tutaj oczekuję pewnego zdziwienia) książka Mikołaja Grynberga, Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2014). Drugim impulsem był interesujący i prowokujący do wielu pytań tekst Józefa Krzyka w ubiegłotygodniowej Gazecie Wyborczej, od tytułem Kraina „NIE”.

Lektura książki Grynberga jest wstrząsem dla każdego, kto dysponuje elementarną wrażliwością i nie potraktuje tak osobistych wyznań jako wytworu przemysłu Holokaustu. Taka ocena tej książki byłaby niezwykle krzywdząca i zatracała jeden z jej głębokich sensów, jakim są rozmowy o potrzebie zakorzenienia, odnalezienia się przez ocalonych w „świecie po Holokauście”, odbudowania i zrekonstruowania własnej tożsamości. Myślę, że nie trzeba być ocalonym Żydem (lub jego potomkiem), by zrozumieć, jaki rodzaj wysiłku trzeba podjąć, by powrócić do świata żywych i mieć siłę… żyć dalej.

Dlaczego zatem  książkę Grynberga (pozornie tak odległą)  łączę z tekstem Józefa Krzyka i co z tego wynika?

W artykule Krzyka pada wiele trafnych ocen pod adresem niedoszłej wystawy w Muzeum Śląskim i istotna opinia na temat potrzeby (straconej niestety, jak zauważa)  zaprezentowania skomplikowanej i wielokulturowo niejednoznacznej historii Górnego Śląska.

W przypadku rozmów Grynberga dobitnie widać, że zamiatanie historii „pod dywan”, unikanie mówienia o niej (lub ludzka niemożność zmierzenia się z jej okrucieństwem), poczucie zawstydzenia bycia ofiarą i tego że jest się innym, powoduje, że następstwa tych zdarzeń przenoszą się na kolejne pokolenia. Jedno, a czasami nawet na dwa. „Oskarżam Auschwitz” przynosi potężną dawkę tragicznych losów ludzi, dzieci ocalonych, którzy nie umieli sobie ułożyć życia inaczej jak w cieniu (swoich) historii.

W tym miejscu właśnie znajduję symboliczną paralelę do historii Śląska i Ślązaków. Ślązaków, którzy dorastali nie rozumiejąc (jak zauważa to trafnie Marcin Wiatr) dlaczego w ich rodzinach nie ma dziadków, kiedyś ojców, a ci INNI ich mają.

Ta niejednoznaczność historii Śląska, to nic innego jak właśnie (podobnie jak u Grynberga) niezamknięta historia regionu i jego mieszkańców. Nienazwana, skrywana, dramatyczna i wypierana przez pokolenia z oficjalnego obiegu. Petryfikowana przez niechęć do ujawniania faktów trudnych, niewygodnych, podważających niektóre z komunałów podnoszonych przez część politycznego establishmentu na temat polskości, historii Polski i mitów, którymi (jak historia każdej wspólnoty) dzieje współczesnej Polski są obciążone.

Widzę więc podobieństwo bohaterów książki Grynberga i Ślązaków, nie mających czasami nie tylko wiedzy o losach swoich najbliższych, ale też prawa, odmawianego  przez kolejne dekady do kultywowania ich pamięci. Pytania tak u Grynberga, jak i na Śląsku ‘Kaj tyn Opa?’ pozostawały bez odpowiedzi i nabierały mocnej, bolesnej symboliki. Mogą być metaforą losów tych wspólnot.

Pytam więc czy Górny Śląsk naprawdę może mieć  swoją współczesną (pozytywną) definicję i perspektywę na przyszłość, bez opowiedzenia i „odchorowania” swojej przeszłości?

Doświadczenie (piszę o społecznym, nie dosłownym i nie jest to zrównywanie historii Holokaustu z historią Ślązaków, od razu uprzedzam tego rodzaju zarzuty) uczy, a potwierdzają to losy ocalonych i ich dzieci, że bez takiego „odrobienia” lekcji z przeszłości, budowanie przyszłości jest bardzo, niezwykle trudne. Możliwe (i tezę zorientowania Śląska na przyszłość w pełni popieram), ale trudne. Wymaga czasu, czasu i prawdy. W Izraelu proces ten rozpoczął w latach 60-tych proces Eichmanna.  W przypadku Polski, początkiem odzyskiwania pamięci i „dokopywania się do prawdy” są narodziny niepodległego państwa, a więc trwa on od 1989 roku… Bardzo krótko, a Śląska w tym rekonstruowaniu przeszłości jest jeszcze mniej…

Ale nawet 25 lat… to mało. Za mało, by powiedzieć, że mamy to za sobą, bo nie mamy, czego dowodem debata wokół wieży spadochronowej, obozów deportacyjnych po 1945 roku, czy kontrowersji wokół tego, jaką historię chcemy zanieść w przyszłość (mam na myśli wystawę w Muzeum Śląskim) lub zwykłej woli zmierzenia się z historią i jej świadkami (bo wciąż jeszcze są wśród nas).

Górny Śląsk? Gdzie jest?

Górny Śląsk istnieje, wbrew historycznym próbom jego wymazania, obłaskawienia pojęciowego i terytorialnego. Stalinogrodzkie, katowickie, czy śląskie, żadne województwo nie będzie skuteczną alternatywą dla pojęcia Górnego Śląska. W tym sensie nie doczekamy się powrotu o krain historycznych w Polsce, tożsamych z podziałami administracyjnymi. Tak po prostu jest. Tożsamością Górnego Śląska jest moim zdaniem jego pamięć, a nie materia. Ta ostatnia istotnie się zużywa… Pamięć nie.

A Śląskowi istotnie potrzebna jest wizja rozwoju i plany na kolejne 20-50 lat. To skandal i smutna konstatacja, że takich nie mamy ( a jeśli są, nie wykraczają poza wąskie środowiska specjalistów). Nie wiemy i nie znamy decyzji  jakie przemysły zastąpią te, które odejdą (jak odeszło hutnictwo, a teraz górnictwo) i jakimi je zastąpimy.

Centrami outsourcingowymi, które dzisiaj są, a jutro mogą być „zwinięte” za granicę, bo koszty siły roboczej wzrosną w Polsce? Nie, dziękuję za taką alternatywę. Specjalnymi strefami ekonomicznymi, które odbiją się nam czkawką, gdy okaże się, że system emerytalny nie jest w stanie przyjąć i tych, którzy dzisiaj pracując w strefach albo składek ubezpieczeniowych nie płacą lub opłacają te najniższe? Też dziękuję. Stać nas na więcej.

Naglące staje się więc pytanie o to, co dalej.  Czy zamienimy się w społeczeństwo wiedzy i takie produkty wiedzy będziemy tworzyć, czy dalej będziemy postponować górników, że są, nic nie oferując im w zamian, jako alternatywę dla rozwoju?

Projektem cywilizacyjnym nie może być wyłącznie budowa dróg i kolei. To banał cywilizacyjny i oczywistość. W końcu i tak stajemy na punktach poboru opłat.

Design, przemysły wolnego czasu, informatyka? Jeśli tak, to budujmy realne programy rozwoju tych dziedzin i na nie, a nie na dekoracje inwestycyjne wydawajmy pieniądze.

Ale też mówiąc o przyszłości nie należy – i to element zasadniczej polemiki z autorem Krainy „Nie” – oczekiwać mobilizacji społecznej,  bez „wyleczenia się” z kompleksów głęboko zakorzenionych w przeszłości (nawet jeśli niedalekiej) i bez ich nazwania, opisania i uznania za część dziedzictwa (nawet jeśli uwierającego), które wnosimy w przyszłość.

Akurat nie sądzę, że są to doświadczenia bardzo złe. Są po prostu trudne. A przez swój charakter, w sferze symbolicznej są na wskroś europejskie. Są złożone i bogate. A to już całkiem pokaźny potencjał.

I wreszcie, myślę, że to jasne. Gdyby Śląsk był Krainą „Nie”, nie zastanawialibyśmy się nad sensem opisywania historii  mikroświata, który nas nie dotyczy. Jest za oknem, za drzwiami i nazywa się Górny Śląsk. Śląsk jest. Wciąż i pomimo.

 bez tytułu