Znalezione w kieszeni. Barany, autsaiderzy i Rydet

Wyciągam je z kieszeni, zakamarków. Z toreb, z którymi podróżuje.

Bilety, paragony, programy. Wydruki z miejsc odwiedzanych. Celulozowe formy utrwalania pamięci, mojej oczywiście. Fiskus wziął już co jego. Zapomniał o wydatku i podatku VAT. Ja, zanim się ich definitywnie pozbędę jeszcze raz do nich powrócę…

Bilety do kina

Odnajduję ulotki i bilety z ostatnio widzianych filmów.

Dwóch – hiszpańskiego „Stare grzechy mają długie cienie” (reż. Alberto Rodriguez) i islandzkiego „Barany” (reż. Grimur Hákonarson). Dwie różne perspektywy, dwa światy, choć każdy z nich nieprawdopodobnie prawdziwy.

Pomimo bardziej mrocznego charakteru (scenariuszowo, bo tak naprawdę, kolejne ‘godziny’ spędzamy na gorącym, wypalonym słońcem południu Hiszpanii), do filmu Alberto Rodrigueza kiedyś powrócę.

Jest rok 1980 i unoszący się jeszcze w powietrzu zaduch po rządach Franco. Zamordyzm, terror odłożony w murach i charakterach ludzi. Hiszpański rozkrok między tym co było, a co przychodzi i jest nowe, choć tak naprawdę niewiele się zmienia. Film ma w sobie coś fascynującego i nie dlatego także, że jest też sprawozdaniem ze śledztwa. Byłby dobrym postscriptum do lepszego rozumienia tego, co dzieje się teraz w Polsce. Nie, nie myślę o polityce. Raczej o tym, że przeszłość nas dopada, niemal zawsze i wszędzie. Zmiana zaś bywa niemożliwa? No właśnie. Wciąż tego nie wiem. Pewnie z tego powodu, do filmu jeszcze wrócę.

Liczenie baranów

Z tym islandzkim dziełem mam więcej kłopotów. Jeśli przesłaniem filmu jest to, że barany (tytułowe) zbliżają do siebie ludzi, cel został osiągnięty. Do tego pejzaże Islandii (czy to już ten moment by odjąć decyzję, że tam pojadę?). Dla mnie w filmie tym jest i gorzka prawda o społecznościach, w których nie ma już dzieci. Jest starość, rutyna, banał codziennego. Tęsknota. To raczej nie mieści się w komediowym (?) rysie filmu. Nazywanie tego filmu komedią, przypomina mi żywcem praktyki z Czech. Na nic innego publiczność nie chce tam przychodzić. Do kina, teatru. W ciemnej Sali kinowej opycha się łzami wzruszenia, ale zostaje. Ja też byłem do końca.

„Barany” to dobry film, ale to sarkazm i ironia miesza się w nim w równych proporcjach z tęsknotą, za życiem, które smakuje. To wartość tego obrazu.

Emilia wykluczona

W Warszawie wpadł w moje ręce, trafiając potem do zapomnianej kieszeni płaszcza, przewodnik po jednej z wystaw czasowych w Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Wystawa „Po co wojny są na świecie”… , to jedna z trzech obecnie otwartych i to ona najbardziej mnie poruszyła. Pewnie dlatego, że dotyczy art brut i artystów tego nurtu  niespodziewanie obecnych w tym muzeum (ostatnio nie jest to takie niezwykłe, przypomnę nieudane – w mojej ocenie – eksperymenty tego rodzaju, jakie ma za sobą między innymi krakowski MOCAK).

Obecność artystów wykluczonych w przestrzeni i tego pawilonu, i muzeum (wydaje mi się, że bardziej pasowałaby do tego miejsca i jego funkcjonalnej charakterystyki nazwa galeria), rodzi poczucie ocieranie się nas, widzów o niemal ekshibicjonistyczną szczerość plastyczną i ideową. To rzadkie we współczesnej sztuce i warte: czasu, uwagi, opisu.

W mojej ocenie artyści art brut  tacy jak Władysław Matlęga, Tomasz Machciński, Justyna Matysiak i nieżyjąca ikona tego nurtu w Polsce Marta Wnęk (jej obecność na wystawie była dla mnie osobistym i bardzo miłym zaskoczeniem), tą właśnie siłą wyrazu i szczerością w formułowaniu swoich emocji dominują nad swoimi akademickimi koleżankami i kolegami. Wiedziałem to już wcześniej, gdy w Muzeum Śląskim za sprawą Soni Wilk inicjowaliśmy nasz rodzimy przegląd twórców art brut organizując m.in. wystawy prac Pawła Garncorza, Krzysztofa Grodzickiego, czy Adama Nidzgorskiego.

Przeglądam więc ten wymiętoszony program wystawy (wypadł z kieszeni płaszcza, gdzie wiele stracił na swojej urodzie) i moje oczy trafiają na jeden ze śródtytułów. Czytam:  Mój ból jest ogromny. Pasuje mi. Do dzisiejszego dnia i do mojego odczuwania, czytania tej ekspozycji. I artystów art brut, których znam.

Opisanie świata i jego systemowej opresji dokonywane przez artystów art brut (na wystawie głos zabierają miedzy innymi Stanisław Grabarczuk, Daniel Stachowski i Władysław Matlęga), niesie z sobą ostrość języka i radykalizm społeczny formułowanych wypowiedzi tekstowych (wobec świata i jego natury). Opiera się na surowej, z trzewi wyrosłej formy plastycznej.

Wykluczenie i naiwność (będąca tutaj synonimem bycia poza układem i konformistycznym tkwieniem) pozbawia dzieł artystów spod znaku sztuki intuicyjnej, jakiejkolwiek poprawności politycznej. Nadaje sztuce rysy ekspresji pierwotnej, której symbolem może być estetyka zinów Damiana Czeladki, czy odkrywanej tutaj formalnie, przeżytej wewnętrznie Marii Wnęk (część prac na wystawie pochodzi z kolekcji Leszka Macaka w Krakowie).

Nieważne, czy outsiderzy odczuwają ból świata, czy głód emocji (jak Justyna Matysiak). Są w równym stopniu niebezpieczni i niewygodni. Stają się wyrzutem dla świata, bo nagle okazuje się, że dowodzą jego niepełności przez przypomnienie siebie samych, swego odczuwania i instytucjonalnego zerwania się spod kurateli i wartościowania oficjalnego systemu. Norm, estetyk, polityki i ideologii. Są niesterowalni i dlatego out. Dla kuratorów i krytyków sztuki również.

Świetna wystawa i ważny głos w nurcie prezentacji art brut w Polsce. Prace outsiderów tkwić będą w Pawilonie Emilia do pierwszego maja 2016 roku. Potem pochłonie ich nicość, czyli bezpieczne kolekcje, z których przybyły na wystawę w Warszawie. Pisze tak, bo dla mnie art brut jest jak sztuka ulicy. Sprawdza się wyłącznie w starciu z widzem, ze społecznym kontekstem, w emocji odbiorcy, w antynomii opisu przez sztukę i świadomości, że kondycja ludzka wciąż temu opisowi się poddaje tylko  w części. Tym bardziej warto i trzeba zobaczyć, co do tego opisu dodaje polski art brut.

Tyle tym razem, kieszenie puste. Wyczyszczone.

W miejsce epilogu. Rydet ukryta (a kiedyś tez outsider)

Gdy byłem ostatnio w Tarnowskich Górach, po drodze do Pałacu w Rybnej, podarowano mi kilka książek. To miłe z jednej strony. Dziwne i niepokojące, bo właściwie książek tutaj nie recenzuję. Ale pośród tych kilku, ta jedna na chwilę przykuła moją uwagę  i stała się cenniejsza od innych. To zbiór zdjęć z Tarnowskich Gór w PRL-u. (Srebrne miasto ba czerwonej drodze. Tarnowskie Góry w PRL na fotografiach tygodnika „Gwarek”). Przebiegłem strony pośpiesznie, znajdując zdjęcia Zofii Rydet z lat sześćdziesiątych robione inaczej od pozostałych. Byłem wdzięczny autorom za ich przypomnienie (choć zdjęcia są znane i były wcześniej publikowane). Stało się tak z dwóch powodów.

Po pierwsze, wiem to już dzisiaj, że te jej zdjęcia, jak kiedyś prace Henri Cartier-Bressona, otworzyły drogę ówczesnej fotografii reportażowej. Innej, niesystemowej, uważnej antropologicznie.

Po wtóre, były przypomnieniem moich wyjazdów do Tarnowskich Gór. Jeździłem tam od czasu do czasu z babcią do jej szkolnej, gimnazjalnej koleżanki.

Siedząc w oknie jednej z kamienic w rynku, patrzyłem na to czym oczarowywało mnie to miasteczko. Ruchem, obcością, innymi kolorami i mową.

W tle były rozmowy mojej babci z jej szkolną koleżanką z odległego Lwowa, a może dla obu Lemberga. Nieważne. Ich losy sprzed wojny nudziły mnie strasznie i choć dzisiaj byłoby pewnie odwrotnie, niczego nie żałuję. Patrzyłem na świat alternatywnie ciekawszy od opowieści dwóch starszych kobiet wzruszonych swoją obecnością i nieczułych na to, co było za oknem. Gdzie byłem ja i moje ledwo wyrosłe życie.

Warszawa (Czerwień z elementem ukośnym) fot. Leszek Jodliński

Muzeum

Władysław Matlęga, Po co... Damian Czeladka. Portret (estetyka zinu)

Polak to ja... Radosław Perlak Outoportrety(?) Fotografie Tomasza Machcińskiego

Prace Marii Wnęk, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Fragment wystawy "Po co..."

Magritte i mężczyzna w meloniku w muzealnym WC

Królewskie Muzeum Sztuk Pięknych w Brukseli. Zmęczenie. Setki obrazów za mną. Te z powodu których tu byłem i te nieproszone, które „weszły” w kadr. Za mną gdzieś „Upadek Ikara” Petera Bruegela I i cicha „Śmierć Marat” J. L. Davida.  I jeszcze ten Q. Metsys, ukradkiem spoglądający na mnie, gdy patrzę na żonę bankiera i jej męża.

Ostatkiem sił docieram na wystawę stałą Magritte. Od codzienności do niezwykłego.

Trzy piętra. Nowe skrzydło brukselskiego muzeum.

Magritte w monumentalnej odsłonie, choć sama wystawa to senny labirynt, w którym raz po raz wychodzą na mnie z czeluści półmroku jego obrazy – sny. Powtarzalne przedmioty, sceny. Gołębie, buty, fajki. Wąsy, profile postaci, skrawki i otchłanie nieba. To co widzimy, nie zawsze jest tym co myślimy, że jest tym co oglądamy. To zdanie samego mnie wprawia w lekkie zagubienie.

To wystawa jednego z najwybitniejszych surrealistów 20. wieku i bez wątpienia jednego z grona najbardziej znanych artystów belgijskich. Spotkanie z mitem, legendą, demiurgiem naszej współczesnej wyobraźni. Doceniony lub nie (w tej roli), ale jest Magritte także jednym z prekursorów pop-artu. Patrząc na jego obrazy nie mogę uciec od wspomnienia Ryszarda Horowitza, czy naszego Rafała Olbińskiego. Powtarzalne obrazy. Powielane, zmieniane, podobne lecz inne.

Rene Magritte w brukselskiej odsłonie to zarówno współtwórca surrealistycznego ruchu w Europie, jak i mniej znany projektant okładek czasopism, czy plakacista. To ostatnie to coś nowego dla mnie  i stanowiło wyjście poza mój osobisty kanon interpretacyjny artysty.

Prezentację Magritte’a  rozpięto na osi czasu (w tym sensie wystawa nie reprezentuje sobą jakiejś  innowacyjności ekspozycyjnej),  daje zatem kompletny obraz: człowieka, wyrobnika-projektanta w fabryce tapet, artysty. Gdzieś w tle tego co oglądamy są postaci kobiet, których postać, twarz otacza woal. Przychodzi do głowy myśl (skąd inąd oczywista) o tym jak mocno doświadczenia naszego życia kształtują postawy i nadrzeczywistość – traumy, snu. Dla Rene obrazy kobiet spowitych w całun to wspomnienie matki, wyciągniętej po samobójczej śmierci z rzeki i tak zapamiętanej… Obraz „Kluczowa historia” (Central Story) (1927), wprowadza nas w przestrzeń wystawy i podświadomości artysty…

Magritte jakiego poznaje na tej wystawie to artysta, który – w obrębie awangardy –  okazuje się być skrajnym… postmodernistą. W sumie to wiedziałem o tym, ale dobrze sobie takie rzeczy przypomnieć. Uprawia bardziej awangardę przekazu niż formy. Unika zniekształceń i  abstrakcji na rzecz form realistycznych, lekko uproszczonych. Komponuje świat z przedmiotów. Odrealnia z „realizmu znanego – oczywistego” zastępując go…  nowym. Buduje ten rodzaj surrealistycznego zaskoczenia i poczucia odnajdowania starych przedmiotów w nowych rolach, kontekstach. Zestawione oddziaływują z nową ekspresją. „Rewolta jest oznaką człowieka żyjącego i odczuwającego i żyjącego”, czytam gdzieś jego słowa ponad obrazami. Rewolta oznacza metafizyczne formułowanie wizji świata. Staranne dobieranie obrazów, słów i emocji… które wywołują. Za to właśnie –  jakże to nieprofesjonalnie zabrzmi – po prostu lubię Magritte’a. Pokazuje to, czego nie dostrzegam/-łem. Wprawia w zadziwienie, stany odmienne. Zatrzymuje, oferując chwilę kontemplacji. Sięga do mojego drugiego ja, którego istnienia nie podejrzewałem… lub sądziłem, że jest inne.

Jest naturalnie i mężczyzna w meloniku.

Odnajduję go jednak nie na wystawie (choć jest i na obrazach).

To dziwne miejsce. Jest nim męska toaleta, w której lustro jest wyciętym profilem pana w meloniku. Może właśnie tak jest, że w obrazach Magritte’a możemy się przeglądać i nie zawsze oczywistym jest to co w nich dostrzeżemy… (Poza tym, że to sprawne operowanie konwencją i zabawa nią, by i tam w WC Magritte, nie spuszczał z nas oka – brawo dla muzealnych scenografów…).

Peter Bruegel I, Upadek Ikara / The Fall of Icarus (Bruksela, Królewskie Muzeum Sztuk Pięknych)

Bankier z żoną / Banker and his wife (Q. Metsys; XVI c.; Royal Museum of Fine Arts, Brussels, Belgium) A kto to? / Who's looking? (Autoportret Metsysa / Selfportrait of the painter; close-up of "Banker and his wife" painting)

Śmierć w muzeum / Death in museum (Death of Marat, J.L. David, Brussels)

Magritte jak Witkacy (r.) Podpis / Signature (Brussels, museeMagrittemuseum)

Klucz do zrozumienia / Key painting to understand him, (R. Magritte, "Central story", 1927; painting that opens the permanent exhibition in his museum in Brussels)

Słownik Magritte'a / Magritte's Vocabulary

Plakaty R. Magritte'a / Posters of Magritte Fragment ekspozycji / Part of pernament exhibition (museeMagrittemuseum, Belgium)

 Podróżnik / Traveller (R. Magritte,1932; section from the painting) Pusta strona / Blank Page (R. Magritte, 1967)

Buty Zemana

Milos Zeman w 2014 roku nie był osobą lubianą w Czechach.

Na każdym spotkaniu Prezydent dostawał od zgromadzonych czerwone kartki. Za to, że publicznie mówił to co mówił (pochwała Putina, co najmniej neutralny stosunek do interwencji na Ukrainie, wulgaryzmy jakich dopuszczał się w publicznych wypowiedziach) i chyba za coś, co najbardziej bolało część Czechów.

O ile jego poprzednik Vaclav Klaus, nie był ulubieńcem mas, o tyle Vaclav Havel, to postać i legenda w jednym i z nim wygadując o piz…ach i kurwach nie miał już szans wygrać, na żadnym polu. Zresztą, gdy miałem okazję obserwować go na wiecu w Opawie zrozumiałem, że jest coś co łączy go z niektórymi przedstawicielami naszej rodzimej sceny politycznej. Ten ponad 70-letni polityk nie znajdował wspólnego języka z młodymi ludźmi i beneficjentami obalenia komunizmu. Brawa i głosy poparcia płynęły jedynie od tych, którzy już dzisiaj zapomnieli o zamordyzmie komunizmu i tęsknią za jego „ludzkim” obliczem, dającym wszystkim pracę, „czy się stoi, czy się leży”. To dziwny sentymentalizm na temat husakowskiego dobrobytu i amnezja o czerwonych gwiazdach na budynkach w każdej czeskiej pipidówie.  Oczywiście dobrobytu idealizowanego i dzisiaj zakłamywanego przez część stablishmentu politycznego, bo to chyba nie on wypchnął ludzi na ulice miast i doprowadził do Aksamitnej Rewolucji.

Czeski prezydent wzbudził więc entuzjazm średniego i starszego pokolenia, gdy w Opawie powiedział, że nie nosi jak jego poprzednicy garniturów z zagranicy, butów włoskich też nie, jak inny premier Czech. Do tego momentu nie zwracałem uwagi na jego buty w ogóle, ale pewnie nie ja jeden w tej chwili popatrzyłem na nie natychmiast. Tak, nie były z Włoch, to pewne, ale do tego momentu nie to było chyba najważniejsze (dla mnie z pewnością). A buty były raczej z tamtej epoki. Dobre dla kogoś kto ma zmęczone, może po prostu stare stopy. Ludzka rzecz. Ale po tych słowach prezydenta staly się butami z miejsc, gdzie enigmatyczna Unia Europejska jest symbolem diabła wcielonego, a nie synonimem awansu cywilizacyjnego. Bo oczywiście dla większości Czechów jest wartością docenianą i rozumianą przez pokolenia wyrosłe na zgliszczach 1989 roku. Spotykałem takich ludzi bardzo wielu mieszkajac tam. Mówili „nigdy więcej”: Husaka, jego bandy i tego, co było i pozostanie traumą tamtego czasu.  Tych moich znajomych nie było na placu w Opawie. Zarabiali na inne buty, może. Lepsze. To pewne.

Zeman chodzi tak naprawdę w butach ludzi z minionej epoki. Są za ciasne lub za duże, nie wiem. O gustach się nie dyskutuje, wiec nie będę tej części jego wyborów komentował. Nie o to tu przecież chodzi. Szkoda jedynie, że dzisiaj ktoś nam próbuje bić pianę z mózgu i twierdzić, że z takim człowiekiem i z taką jak on drogą, jest nam „po drodze”. Czesi są wyjątkowi. Cenię ich ponad miarę i noszę więcej niż blisko serca. Czechy tym bardziej. Ich prezydent jest kwestią ich wyborów. I tyle. Ale jak kiedyś mówiono wart Pac pałaca, a pałac Paca. W butach á la Zeman nigdzie nie dojdziemy. Na pewno nie tam, gdzie niosą go Jego nogi.

Buty Zemana (Opawa, październik 2014)

Zwrotne myśli

Obejrzałem po raz kolejny Butelki zwrotne (reż. Jana Svĕrák, 2008), ze scenariuszem napisanym przez jego ojca Zdenka Svĕráka i pomyślałem, że zatęskniłem za Pragą i Czechami w ogóle.

Nurt kina czeskiego, który reprezentuje ten film, to uwodzące widza przechodzenie od codzienności  do niezwykłości i zachwytu nad życiem…

Już kiedyś postawiłem tezę, że w afirmacji Czechów dla życia, widzę ich reakcję na to, że zarówno Niebo, jak i Bóg wydają się im pojęciem zupełnie niezwiązanym z ich rzeczywistością. Pogląd ten wciąż wydaje mi się uzasadniony.

Rzeczywistością dla większości Czechów jest życie jakie wiodą i znają. Tu i teraz. Czasami od pokoleń, no i wtedy stają się lekko ksenofobiczni. Ale i to robią z wdziękiem.

Ono (życie) dostarcza im powodów do zachwytu nad jego pozornie oczywistymi przejawami. Uprawiają coś, co w malarstwie oglądanego przeze mnie w Brukseli Magritte’a (świetna wystawa w Królewskim Muzeum Sztuk Pięknych) jest odkrywaniem melancholijnych pokładów tkwiących w każdym przedmiocie i formie ludzkiej aktywności. Rozwijania własnej kompetencji poznawczej, wrażliwości, budowania relacji z innymi. Może dlatego, pewna Czeszka o filmie Svĕráka powiedziała, że jest bardzo śmieszny, ale śmiać się z niego może jedynie cynik…

Butelki zwrotne są jak myśli, które recyklingowane powracają do nas, a my wciąż albo napełniamy je nową treścią albo z premedytacją tą samą, godząc się z tym, że życie to nieznośna rutyna. Rodzenia się, zdobywania doświadczeń, odchodzenia. Jest w tym akceptowanie nieuchronności tego, że natura ludzka w istocie jest wciąż taka sama.

Istotnym wyborem przed jakim stajemy jest afirmacja życia lub niezgoda na jego immanentną niesprawiedliwość i rozczarowania jakich nam dostarcza…

Butelki zwrotne są dla mnie wciąż obrazem, który zamienia to co minione i przypadkowe,  w przedmiot czułego rozmarzenia. Proponuje nam czeską rezygnację z rozumienia świata (a przynajmniej nie dręczenie się tym, że tego nie potrafimy), na rzecz kolekcjonowania obrazów, myśli, emocji i… butelek właśnie. Tych ostatnich z bardzo praktycznych powodów…

Pytanie (widziane w Ostrawie; pażdziernik, 2014)

Praska scena (Praga, lato 2014)

Bosch wraca do Lasu…

„Widziałem rzeczy,

których nawet ludzie nie widzieli”

(Łowca androidów)

Prace Hieronima Boscha (alias Joen (Jeroen) van Aken, bo niemal do końca XV wieku, tego oryginalnego imienia i nazwiska używał malarz), symbolicznie powróciły do rodzinnego ‘s-Hertogenbosch. Ktoś mógłby sądzić, pamiętając o etymologii nazwy ‚s-Hertogenbosch (dosł. Książęce Lasy), że to przysłowiowe zawożenie drewna do lasu.. Ale nie tym razem. Ani nie jest to takie oczywiste, ani normalne, że w tak znakomitej liczbie dzieła Boscha pojawiły się na kilka miesięcy w jego rodzinnym mieście. Na ekspozycję złożyły się dokładnie 103 obiekty (z czego ponad połowa to prace Boscha) wystawę „Hieronimus Bosch. Wizje geniusza”.

Bosch jako produkt globalny

To z kilku powodów niezwykły projekt.

Ku autentycznej uciesze współziomków i przybyszy, obrazy i rysunki Boscha stanowią najważniejszy akcent w obchodach  500. rocznicy śmierci malarza. Obchody trwać będą przez cały rok (pod symbolicznym tytułem “Witamy w domu Hieronimie”, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że gdy wystawa opuści s-Hertogenbosch, pozostaną tam jedynie trasy tematyczne powiązane z osobą artysty, menu z czasów Boscha serwowane w niektórych restauracjach (ktoś to je?), no i wszechobecne monstra – wytwory jego fantazji i rzemieślniczego kunsztu malarskiego wypełniające, szyby i okna domów północno-brabanckiego miasteczka… Bez wystawy nie będzie to już to samo (miasto).

Z drugiej strony sama wystawa choć istotnie niezwykła, nie jest aż tak wyjątkowa jak można by przypuszczać. Posiada bowiem swój precedens w przeszłości. Podobną zorganizowano w… 1967 roku, gdy obchodzono 450-lecie śmierci Boscha.

Informacja ta ma swoje praktyczne zastosowanie. Oznacza ni mniej ni więcej, że jeśli ktoś chce poznać Boscha lepiej i niejako „u źródeł” (rezygnując z wędrówek do Wiednia, Londynu, Madrytu, Paryża, Nowego Jorku, czy Waszyngtonu), to powinien się bardzo pośpieszyć, by wystawę obejrzeć.

Po pierwsze wystawa jest otwarta tylko do 8 maja i przedłużona nie będzie (ze swoją drugą, równie istotną dla poznania i przypomnienia twórczości malarza czeka już niecierpliwie madryckie Prado i letni sezon turystyczny, którego będzie absolutną perłą w koronie).

Inną okolicznością, czysto praktyczną (nieznaną polskiemu muzealnictwu w ogóle) jest to, że sprzedaż biletów odbywa się niemal w całości on-line i biiletów, między tych na marzec, już nie ma. Wystawa jest  globalnym produktem oferowanym na światowym rynku muzealnym i także z tej perspektywy jest  projektem nietypowym.

Wystawa w sześciu odsłonach

Patrząc na pokazane prace Boscha (jego obrazy, rysunki, te ostatnie w znakomitej liczbie zgromadzone na wystawie i pochodzące między innymi z gabinetów rycin z Berlina, Londynu czy Wiednia), jestem w ogóle pesymistą, czy świat za pół wieku będzie w stanie pokusić się o podobny projekt. Terroryzm, koszty transportu i ubezpieczenia, wskazania konserwatorskie, czy komercjalizacja sztuki dawnej i kultury w szczególności, nie staną się ograniczeniami nie do pokonania. Już dzisiaj Bosch to obiekt uwielbienia w obrębie kultury masowej i jako produkt będzie tylko drożał. Jego udostępnianie, czy nawet uploading sytuacji nie zmieni.

Obecna wystawa przygotowywana była od 2007 roku i potrwa zaledwie cztery miesiące. Pośrednim efektem tak długiej pracy nad wystawą był towarzyszący jej projekt badawczy  (Bosch Research and Conservation Project), który między innymi na podstawie badań nad obrazami, prześwietleń promieniami rtg i konserwacji podjętych przed wystawą, pozwolił na ujawnienie tego, czego do tej pory o Boschu nie wiedzieliśmy.

Dobrym przykładem jest obraz Ecce Homo z frankfurckiej kolekcji Städel Museum, z około 1475-85 roku (a więc stosunkowo wczesnego okresu w twórczości Boscha), na którym –  w wyniku konserwacji – odkryto i pozostawiono pierwotną kompozycję i zarysowane postaci donatorów.

Osią narracji wystawy nie jest prosta chronologia. Oparto ją na sześciu polach tematycznych. W ich obrębie zgromadzono niemal wszystkie prace ikoniczne dla rozumienia twórczości Boscha (w sensie cezuralnym i potwierdzonej atrybucji). Ich wybór, jak mi się wydaje, odwołuje się do selkcji zaprezentowanej na wystawie w Rotterdamie w 2001 r., choć niektórych wersji obrazów (jeśli istnieją alternatywne) w s-Hwertogenbosch zabrakło. Dzieje się tak między innymi w przypadku tryptyku Wóz z sianem.

Ciąg obrazów i rysunków otwiera obraz Wędrowca, (Rotterdam; 1500-1510) i  Wóz z sianem (wersja z Prado (1510-1516). Zamyka Sąd ostateczny (Brugia, 1495-1505) i poruszające wyobraźnią i nowtorską  ekspresją malarską tablice z wizjami końca świata (4 tablice z Wenecji). Między nimi, w mniejszej liczbie starodruki, grafiki z przełomu wieków XV i XVI, które między innymi kształtowały wątki ikonograficzne,, religijne, intelektualne i cywilizacyjne w okresie współczesnym Boschowi.

Wystawa jest jak zapowiada pierwszy z jej rozdziałów (Życie jest pielgrzymowaniem) wędrówką po świecie wykreowanym przez Hieronima Boscha. Miejscem pełnym meandrów. Rozpostartym między rodzinnym miastem (sekwencja Hieronim Bosch i s-Hertogenbosch) i twórczość religijną (część Życie Chrystusa, Święci).

Potraktowana jako projekt badawczy, ekspozycja (ciekawe filmy porównujące m.in. pierwotną redakcję obrazów z wersją finalną dzieła itd.) dała także asumpt do zaprezentowania Boscha jako wybitnego rzemieślnika, biegłego wyrobnika malarskiego (część wystawy Bosch Rzemieślnikiem), cenionego środowiskowo i przechodzącego głeboką metamorfozę od pracy w zespole swojego ojca Anthoniusa van Aken (czyli pierwszej udokumentowanej obecności w 1475 r.), po moment przeistoczenia sie w  nowatorskiego  twórcę przełomu epok i czasu (część finalna Dni ostatnie).

Artystę schyłku średniowiecza, którego jest malarskim piewcą, pogrążając się w moralizatorskim dyskursie o przemijalności życia, ulotności posiadanych dóbr doczesnych i traktowaniu malarstwa jako medium prowadzącego do symbolicznej opowieści o wielości i nieuniknionym charakterze wyborów, których dokonujemy przez całe życie.

Hieronim Bosch potwierdza swój późnośredniowieczny rodowód, gdy kreuje obraz świata pełnego demonów, wiedźm i oprychów, czy egzotycznych stworów. Jest nim także wtedy, gdy wspina się w redakcji arystycznej Sądu ostatecznego na wyżyny narracji o nieuniknioności kary ze grzechy i czekającej rodzaj ludzki nagrody za życie godziwe i pobożne. Jest w tym dziele na swój sposób niemal naiwny i prymitywnie uczciwy.

Bosch nie jest jednak tak nużąco typowym przedstawicielem  swojego czasu. Wytycza nowe obszary, gdy sięga po współczesną ikonografię, rozwija motywy, odzwierciedlające stan emocji społecznych (proto-reformatorskich) i pozwala sobie na tworzenie niemal obrazoburczych scen potępienia w piekle, umieszczając w nim: królów, biskupów i ludzi społecznie dotąd chronionych przez decorum i konwencję w malarstwie średniowiecznym. Zdradza w tych obrazach (tradycyjnie na desce a nie na płótnie malowanych), niezwykłą wówczas (a tak zachwycającą potem między innymi naszego Herberta) niderlandzką zdolność do przemielania światów: łączenia scen i tematów wysokich (scen biblijnych, apokryficznych) z obrazami z życia Niderlandów końca XV wieku. Ostatni z wymienionych, to świat ludzi nienażartych, świętujących i poddających się rozpuście, kradnących, popadających w grzech opilstwa i lenistwa lub po prostu, jak ów otwierający wystawę Wędrowiec, poszukujących własnej drogi przez życie. I skazanych na błądzenie i nieustające uczenie się bycia lepszym, od tego jakim byłem wczoraj.

Walorem wystawy są naprawdę imponujące zbiory rysunków (Boscha i pochodzące z jego kręgu, czy atrybuowane Boschowi).

Ciemnobrązowe rysunki (powstałe na bazie sadzy drzewnej), podobnie jak ekspresyjne kładzenie farby przez Boscha, wyróżniają jego warsztat malarski, lokując malarza znacznie bliżej tradycji nowożytnej. Bosch staje się w tych przypadkach twórcą tworzącym obrazy jako pewien rodzaj własnego, przemyślanego i doskonalonego projektu artystycznego.

W rysunkach  pojawiają się motywy rozwijane potem w malarstwie tablicowym.

Rysując projektuje obrazy (wł. disegno), dokonuje analizy problemów kompozycji czy rozwija charakterystyczne typy postaci: aniołów, ptasich dziwolągów lub monstrów. Potem w skończonej wersji  odnajdujemy je na deskach jego tryptyków. Tam raz odrealniają i idealizują np scenę Wzniesienia błogosławionych do raju (1505-1513), w innym przypadku dopełniają obraz grozy jak ma to miejsce w Upadku potępionych (1505-1515).

Bosch jakiego poznajemy w Muzeum Połnocnobrabanckim potwierdza, że był twórcą niezwykle nowoczesnym, choć czasami używał w tym celu form i konstrukcji osadzonych w bardzo (bywa że wciąż zbyt) hermetycznym świecie symboli, tekstu Pisma Świętego, czy współczesnych mu mistyków.

Wtedy i dzisiaj obrazy Boscha ożywiają naszą wyobraźnię, są przedmiotem kontemplacji religijnej, ale też niosą elementy narracji społecznie zaangażowanej. Opowiadają o nas samych. Czy nie dlatego właśnie tak chętnie zaglądamy w lustro (lub dzisiaj wykonujemy selfies), by czegoś o nas się dowiedzieć ? Odnaleźć obraz siebie samych po drugiej stronie lustra? Bosch jest twórcą, który obraz naszego świata kreuje i objawia, i (rozwijając prostą myśl literackiego odczytywania sztuki) z rodzajem satysfakcji obserwuje, jak i co z siebie w jego obrazach odnajdujemy.

A obrazy wciąż tam są. Nad rzeką Dommel. I czekają na nas. I Bosch poniekąd też. Jeszcze i wciąż…

***

Co: Wystawa Hieronimus Bosch. Visions of Genius / Jheronimus Bosch – Visioenen van een genie

Gdzie: Noordbrabants Museum, s-Hertogenbosch, Niderlandy

Kiedy: do 8 maja 2016 r.

Katalog: Jest (24,95 euro)
Zdjęcia: całkowity zakaz; oszklenie obrazów pozwala na zbliżanie się na nieprawdopodobnie bliską odległość; osoby z przyklejonymi od szyb nosami są tolerowane

 

Powitanie /Greeting (s-Hertogenbosch wita Boscha/s-Hertogenbosch welcomes H.Bosch)

Znak mistrza / Sign of the master (Muzeum Sztuk Pięknych w Brukseli, fragment tryptyku Kalwaria i postacią donatora)

Bschfever - sceny z wystawy / Scenes from the exhibition (zdjecie zwiedzających na wystawie w Noordbrabants Museum)

Zielone miasto

Kolory Niderlandów. Zielone miasto s-Hertogenbosch

Holandię opuściłem na dobre w 1991 roku. Potem marzyłem o niej i śniłem, jak marzy się i tęskni do (pierwszej) miłości swojego życia.

Pewną forma ersatzu w zaspokajaniu tej tęsknoty były moje teksty w pierwszych redakcjach przewodników PASCALA po Holandii i po Amsterdamie. Pozwalały powracać do miejsc, które pamiętałem i do tych, których nigdy nie widziałem choć mówią, że to mały kraj. Może. Wielki jednak duchem i tradycją. Na szczęście był też Zbigniew Herbert i Johan Huizinga, czy Deborah Moggach i jej „Tulipanowa gorączka”.

W ogóle, gdy piszę te słowa, to uzmysławiam sobie, że tak naprawdę nie opuściłem Holandii nigdy. Nie, nie Holandii. Robię błąd ignoranta, dla którego nie ma różnicy między na przykład Północną Brabancją i Holandią właśnie. A przecież to tylko nazwy prowincji Zjednoczonego Królestwa Niderlandów…

Zatem powroty do „Holandii” zdarzały się co jakiś czas. Dawały poczucie ciągłości tamtego doświadzenia. Do Amsterdamu, do którego tęskniłem kiedyś najmocniej. Były też inne przyjazdy, jak ten do nadmorskiego kurortu Scheveningen, koło Hagi, gdzie spędziłem styczeń 2001 roku.

W tle tego pobytu był nie tylko malowniczo położony Instytut Spraw Zagranicznych w Clingendael, ale też miejscowy bar Crazy Pianos, w którym spędzałem weekendowe wieczory po wykładach w Instytucie.  Trzy lub może cztery pianina, szaleńczo wygrywane na nich ówczesne standardy muzyki pop i rocka, spiewajacy kelnerzy i my tańcujące pary, single. Niebywała erupcja energii, w kraju w którym podobno wszystko jest tak bardzo po protestancku godne i powściągliwe. Stereotyp. Jeden z wielu.

Amsterdam był miastem koloru czerwieni. Nie, nie z powodu dzielnicy czerwonych latarni. To cegła jego domów, wzdłuż kanałów, gmachu Rijksmuseum, do którego chadzałem na spotkania z Vermeerem.

Scheveningen siniało bielą i błękitem, podobnie jak pobliskie Delfty, choć te – nie tylko z powodu malowanych kafli –  bliższe były błękitowi. Zapamiętałem mroźne styczniowe poranki jakie tam spędzałem, gdy kanały pokrywał lód, a czerwone i szachownicowe okiennice zamykano przed chłodem. Pewnie dlatego Delfty są w moim wspomnieniu miastem tych kolorów i może rombów czerni i bieli jakie pojawiały się na kamiennych podłogach w domostwach Holendrów, tych dawnych malowanych przez małych mistrzów i oglądanych współcześnie.

Tym razem celem podrózy była Północna Brabancja i moja podróż do s-Hertogenbosch na spotkanie z Hieronimem Boschem. Na wystawę, jaką otwarto w muzeum  Północnej Brabancji (Het Noordbrabants Museum) 13 lutego tego roku. To dość niezwykłe przedsięwzięcie wystawiennicze  („Hieronimus Bosch. Wizje geniusza”),  podjęte w 2007 roku, na którym ostatecznie zgromadzono ponad setkę obiektów – jego dzieł własnych i związanych z twórczością Boscha.

To jednak co uderzyło mnie w samym mieście, poza faktem zanurzania się w obrazach i stworach wywiedzionych z jego obrazów i rysunków (obecnych w oknach kawiarni, restauracji i domów), to zielona aura miasta, która mnie nie opuszczała na krok. Powierzchnie platanów pokryte zielonym nalotem, grynszpan pokrywający kamienny łupek dachów, czy rzeźby katedry zanurzone  w otulinie z mchu intensywnie, butelkowato zielonego. Wilgotnego od padającego i siąpiącego (od czasu do czasu) deszczu.

s-Hertogenbosch miasto w zieleni zanurzone….

Takim go zapamiętam i dodam do kolekcji obrazów z Niderlandów… Do czerwieni Amsterdamu, sino-błekitnego koloru Delft i wybrzeża Morza Północnego zimą…

Gracht / Kanał (s-Hertogenbosch)

A lane in s-Hertogenbosch / Zaułek w s-Hertogenbosch

Murarz / Bricklayer (decoration of the cathedral, s-Hertogenbosch) One of the Three (Magi) / Jeden z trzech (Króli)

Bagpiper of s-Hertogenbosch / Dudziarz z s-Hertogenbosch Grajek / Musician (stone sculptures of Sint Jon Cathedral, s-Hertogenbosch)

Green city / Zielone s-Hertogenbosch (seen from the roof of the cathedral)

Mech / Moss (stone parts of the cathedral's roof, s-Hertogenbosch)

Drzewa/Trees (s-Hertogenbosch, marzec/March 2016)

Thinking on Amsterdam / Myśląc o Amsterdamie (brick wall in s-Hertogenbosch, March 2016)

Recalling Delft Blue Pottery / Wspomnienie Delft (s-Hertogenbosch, DIT an excellent place to have a lunch)

Łuki do niebios…

Łuki katedry Jana Ewangelisty w s Hertogenbosch zamieszkują postaci zmierzające do nieba i z nieboskłonu strącone…

Twory czyste i te o nie dość pokornym duchu – przypomnienie bohaterów z obrazów Boscha.

Postaci znane i fantastyczne…

Porażające. Zabawne.

Późnośredniowieczny wykład o universum z tego i z nie-tego świata. Wspólczesna Biblia pauperum.

Drabina Jakubowa wydarta aniołom i wzięta w posiadanie przez ludzi i zjawy z… s Hertogenbosch.

***

Katedrę w obecnym kształcie (wcześniej pełniącą funkcję kościoła parafialnego; dzisiaj na liście dziedzictwa UNESCO), ukończono przed 1505 rokiem. Na jej rzeźbiarską dekorację składa się blisko 600 rzeźb prezentujących rozmaite typy ludzkie, zawody, a także to wszystko co w ówczesnej wyobraźni składało się na malownicze i groźne bestiarium późnego średniowiecza. Dlatego krążąc ponad łukami kościoła spotykamy tutaj nie tylko postaci diabłów i monstrów wszelkiej maści (szczególnie po niebezpiecznej, narażonej na zakusy demonów i złych mocy północnej stronie nawy głównej kościoła), ale także wizerunki ówczesnie znanych egzotycznych zwierząt wywodzących się spoza Europy (w dekoracji rzeżbiarskiej pojawiają się m.in. sylwetki małp, małp z młodymi, lwów).

W 500. rocznicę śmierci Hiernimusa Boscha (mieszkańca s-Hertogenbosch, od którego zresztą zaczerpnął swoje malarskie miano) katedra , w której go uroczyście żegnano 9 sierpnia 1516 roku (jest innym paradoksem, że nie wiadomo gdzie złożono jego szczątki), oferuje zwiedzającym możliwość wspięcia się na wysokość dachu katedry i niemal dosłownie dotknięcia figur, ludzi i zwierząt, wyrzeżbionych w piaskowcu. Te często malowniczo omszałe, pokryte patyną czasu,  rozsiadły się na łukach przyporowych świątyni.

Trasa będzie udostępniania zwiedzającym do końca października 2016 roku. Co ciekawe, w części jest dostępna dla osób niepełnosprawnych. Byłem, widziałem, warto! Polecam rezerwację internetową. Na miejscu biletów praktycznie nie ma. Wstęp kosztuje 7 euro… Mówią (tam, już na miejscu), że podobna okazja szybko się nie zdarzy).  A krążąc wokół dachu katedry poszukajcie postaci anioła z telefonem komórkowym. Władze kościoła wyraziły zgodę w 2010 (podczas generalnej rewitalizacji swiątyni)  na to, by taką rzeźbę umieścic pośród tych historycznych. Anioł dzwoniący do nieba?  To dość holenderskie widzenie relacji z Bogiem, cokolwiek to znaczy. Dzisiaj ów anioł stał się niemal drugim symbolem miasta, obok postaci Boscha, który mieszkał przy tutejszym rynku przez całe swoje życie… a dzisiaj powrócił symbolicznie do siebie…

[s-Hertogenbosch, 8 marca 2016 r.]

Katedra św. Jana Ewangelisty w 's Hertogenbosch (elewacja południowa) W kolejce do nieba... (dekoracja łuków katedry św. Jana, 's Hertogenbosch)

Ślepiec (mężczyzna z opaską) ('s Hertogenbosch, the Netherlands)

bez tytułu ('s Hertogenbosch, łuki katedry)

Mężczyzna z kołowrotkiem, diabeł z trójzębem ('sHertogenbosch, dekoracja łuków przyporowych katedry św. Jana)

Murarz (fragment rzeźby; 's Hertogenbosch, Katedra św. Jana)

Monstrum (północna elewacja katedry, s' Hertogenbosch)

Grajkowie (s' Hertogenbosch, dekoracja katedry) Zakonnica (s' Hertogenbosch, dekoracja łuków przyporowych katedry)

Śląsk

Jestem niebezpiecznym i nieuważnym kierowcą, gdy podróżuję po Śląsku.

Rozglądam się nienasycony widoków i kolekcjonuję to co dostrzegam pośpiesznie wokół.

Chłonę miejsca i nastroje jak gąbka. Znaki przy drodze przestają mieć znaczenie. W ich miejsce wykreślam trasy znane i te odkrywane.

Droga i wędrówka jest jedynie pretekstem. Zapominam o celu.

To musi być miłość, skoro za każdym razem widząc miejsca raz już oglądane, odkrywam je na nowo i pozostaję w stanie zadziwienia, zdumienia i zauroczenia. Czy to nie stan beznadziejnego zakochania? Emocje, podobne do tych, gdy oglądałem je po raz pierwszy?

Widziane po wielokroć wciąż posiadają to coś, czego nie widziałem wcześniej i do tej pory. Ale czy naprawdę „nie można opowiedzieć więcej niż się widzi” (Henry D. Thoreau)?

Patrzę, rozglądam się  i nie mogę uniknąć opowiadania na nowo jednej historii za kolejną. Poszerzać to co zobaczone, o to co zapamiętane… No ale przecież ten sam Thoreau mówił o widzeniu, jako poznawaniu przez kontekst. Czy robie coś innego?

Śląsk oglądany. Naturą i kontekstem tego postrzegania jest miłość do Śląska?

Obrazy. Nowe? Stare?

Śląsk. Relacja.

[Świerklaniec, Tarnowskie Góry, Palac w Rybnej, 4 marca 2016 r.]

Symetria (Świerklaniec)

Monochromat w Neudeck (Świerklaniec)

Pejzaż Ruisdaela (Świerklaniec)

Smugi (Park w Świerklańcu)

Słońce jak księżyc... (Świerklaniec/Neudeck)

Anioł z Tarnowskich Gór

Lot na uwięzi (Tarnowskie Góry)

Porowatości i nieciągłości (Pałac w Rybnej) Medalion (Pałac w Rybnej)

Zaplątanie (Pałac w Rybnej) Ścieżka (Pałac w Rybnej)