Jazda dookolna

Mgły, pejzaże i obrazy.

Wczoraj odbyłem podróż do miejsc od kilku miesięcy niewidzianych.

Przedzieranie się przez pejzaże jesienne w grudniu. Mijane lasy Rud, a potem nieogarnięte pustkowia Bramy Wielkomorawskiej. Pola zadziwiająco zieleniejące się o tej porze roku. Samotnie stojące drzewa na krawędziach horyzontu. Mgła między nimi i ta rozpierzchająca się pod wpływem jadącego samochodu. Odsłaniająca drogę.

Dobrze jest wracać do miejsc, w których zna się niemal każdy kamień, zakręty nie niosą zaskoczenia. Wspinanie się po wzgórzach ciągnących się od Sudic w stronę Opawy. Niezobowiązujące spotkanie starych znajomych, którzy już niczego od siebie nie chcą.

Dawne budki telefoniczne przy Alei Masaryka wypełniły kolejne postaci i obrazy. Robię zdjęcia. Nieco pośpiesznie i niechlujnie. Nie mam tej uważności. Zapominam, że nie jestem już stąd i kolejnego kadru – poprawki, nie będzie.

Powrót koło ulubionej kapliczki. Potem Rohov i widziane z daleka Krzanowice (Kranowitz).  Punkty odniesienia świata, którego (jak myślę naiwnie) nikt nie posiadł tak doskonale jak ja.

***

Tworków. Ruiny. Zegar Pana Weissa na pałacowej wieży wciąż pozwala zapomnieć o czasie. Że jest i nas dotyczy.

Bieńkowice. Ślady obecności i słowa zwieszone w powietrzu.

Mgła napływa znad rozlewisk Odry.

Napis „St. Valentin Stift” wyłania się z nieomal już nocnej mgły. Dobijam do miejsca przeznaczenia.

Wzruszenia. Słowa. Szelest kartek.

Krawędź (okolice Sudic)

Sudice. Pejzaż I liked

Szablony (Opawa)

Ślady (Tworków) Przeszłość (Twórków)

Nokturn (Twórków)

Oto... (Bieńkowice)

Stopniowanie (Bieńkowice, kościół parafialny)

Kartka (świąteczna) z nieistniejącego Dziennika

Pełnia 

Księżyc w pełni w Boże Narodzenie…

Fachowcy mówią, że coś podobnego wcześniej wydarzyło się w… 1977 roku. Kolejny raz ma to nastąpić w  2034 lub 2037 roku… Precyzja datowania nie ma tu dla mnie większego znaczenia, bo i tak stawia pod poważnym znakiem zapytania moje osobiste szanse na zobaczenia tego, czego z pewnością  nie widziałem trzy dekady temu i tego, co zobaczyłem dzisiaj, zanim wstał dzień. Księżyc w pełni na poranno-nocnym nieboskłonie… Zdjęcie takie sobie, ale jak mawiał mistrz Lewczyński, nie ostrość, a emocje budują jakość zdjęcia.

Bożonarodzeniowy Księżyc (25 grudnia 2015 r.)

Betlejemscy górale

Oglądam bożonarodzeniowe szopki i dochodzę do wniosku, że Betlejem zdecydowanie leży gdzieś między Tatrami, a innymi bliżej nienazwanymi górami. W co drugiej wita mnie góral w podhalańskim stroju. Rysy mocne, stanowcze, choć nie sabałowe. Coś jakby pochodził bardziej ze specjalnej strefy ekonomicznej  Shenzen, a nie spod Poronina czy Zakopanego samego. A obok niego pies pasterski i nieprzebrane stada owiec. Snują się nie widząc (jeszcze) dlaczego…

Anioły spracowane

Figury aniołów z kiwającym (w istocie dziękującymi) głowami nie mają teraz lekko. Tkwią przy żłobkach i ku uciesze najmłodszych, zbierają grosiwo na szopkę, która stoi za nimi czy może już na tę przyszłoroczną. Moneta, ukłon. Grosik i… następne skinienie, i kolejne  i jeszcze jedno. Przychodzi jednak moment, kiedy pieniądze się kończą. To znaczy wiadomo, że są jeszcze (widać po portfelu rodzica, że jest tam wciąż co rzucać do skarbonki), no ale dorośli odmawiają. Stanowczo. A racja dominacji ekonomicznej (tak ją nazwijmy) stoi za nimi.

Nic to. Po pewnym czasie, dzieci pozbawione zasilania w monety, poszukują rozwiązań alternatywnych i dość szybko zauważają, że grzeczne podziękowanie aniołów można wymusić uderzając je po prostu w głowę. Powab ukłonu nieco bardziej gwałtowny, melodia uruchamiana przez skłon główki, jakby szybsza w odtwarzaniu, ale co tam. Liczy się efekt. Nie to jest jednak najgorsze, tak myślę (dla aniołów).

Dzisiaj moją uwagę na moment przykuła dziewczynka, która do aniołka przyniosła swoją nową(?) lalkę Barbie. Krótkie porównanie walorów jednej i drugiej figury, przyłożenie lalki w pozycji chick to chick anioła  i… wybór nieodwołanie pada na różową piękność. Anioł nie musi już nawet kiwać główką. Zostaje gdzie był. Barbie wraca z dziewczynką do domu… Konkurs piękności rozstrzygnięty, a może po prostu dzieci też nie lubią tych, którzy im wciąż potakują?

Życie

Zdumiał mnie. Stroik. Taki pozornie normalny, no ładny nawet. Zima jest taka, jaka jest. Nie przesłoni tego faktu nawet śnieg (sztuczny) wymalowany na szybie.

Oto siedzę i patrzę na jedną z gałęzi pomalowanych na biało i ku swojej radości widzę na niej zielone, drobne listki. Cud życia? Zachwyt nad siłą witalną? W sam raz w czas Bożego Narodzenia. Pozostaję w niekłamanym, ułamkowym zachwycie. Lubię taki chwile.

Zielone (1) Zielone (2)

Hopper po raz kolejny

No i znowu on. Hopper. I poczucie tego, że rację miał Gerd Gemünden, gdy pisał o obrazie Hoppera, że Jastrzębie nocy, to obraz o krążeniu obrazów. Pośrednio dowodem na to, są niezliczone pastisze płótna Hoppera (ostatni taki widziałem na blasze w Berlinie, była to wersja G. Helnweina, Boulevard of Broken Dreams z 1984 roku, na której bar u Phillies’a zapełniają M. Monroe, J. Dean, H. Bogart i E. Presley). Patrzę na ten obraz i mam poczucie tego, że w barze takim byłem. Nie, nie w Nowym Jorku na rogu Greenwich Avenue. Mam w pamięci inny wieczór, gdy mógłbym się zgodzić z Charles’em Baudelaire (Paryski spleen), że „To co można zobaczyć w świetle dnia, jest zawsze mniej interesujące niż to, co dzieje się za okienną szybą”. Był taki bar lub podobny, dojrzała jesień wokół  i poczucie (jak to wyzierające z obrazu Hoppera), że dwie znajdujące się obok filiżanki, nie muszą oznaczać, że rozmówców (jak na obrazie) coś łączy… Wręcz przeciwnie… Dowiadują się jednak o tym, dopiero po ich wypiciu (choć nie herbata, a rozmowa była tu źródłem objawienia).

Bulward

Nighthawks (Nocne marki/jastrzębie), Edward Hopper (1942) źródło: Cultural Insitute, Google

Przywilej?

Czytam bez specjalnego zdziwienia w dzisiejszej prasie, że „PiS nie da przywilejów Ślązakom”.

Nie pojmuję tego zdziwienia. Jeszcze bardziej nie rozumiem tego, o jakich przywilejach jest mowa? Do mowy własnej i jej kultywowania? Do tradycji? To przywilej? Chyba jednak elementarne prawo człowieka. Naprawdę trzeba być już nieźle opitym szaleju, by formułować takie tezy…  Różnica między prawem, a przywilejem jest oczywista. Nie zamierzam jej tutaj tłumaczyć. Nierozumiejących odsyłam do złotoustych polityków. Opcja nie ma znaczenia. cos tam powiedzą.

Refleksje mam w związku z tym wszystkim dwie. Pisane bez specjalnej satysfakcji.

Pierwsza dotyczy wyborów Ślązaków, tych niedawnych, parlamentarnych. Mam nadzieję, że wyciągną z nich wnioski.

Opieranie się w swoich nadziejach zarówno na tych, którzy mogli uchwalić ustawę o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym przed 25 października, ale tego nie uczynili, jak i głosowanie na tych, którzy wrzucają ją (mowę) i Ślązaków do kosza ich aspiracji tożsamościowych było to łatwe do przewidzenia i powinno być dla wszystkich dobrą lekcją. To nauka, że bez oparcia się na własnych elitach, na ludziach dla których Śląsk jest wartością i celem, a nie elementem propagandy wyborczej, nic się nie zmieni. Nic. Czas to pojąć, ruszyć głową i sobie utrwalić.

Druga refleksja jest taka, że nie pozostaje nam nic innego, jak budowanie programu na przyszłość, na Śląsku.

Poszukiwanie sojuszników dla sprawy Śląska. Nawet jeśli jeszcze przed chwilą mieli „gdzieś” kwestie śląskie, to może teraz, na fali przebudzenia dotrze i do nich to, że lekceważenie praw mniejszości kończy się poniewieraniem praw tzw. większości. Ci którzy to pojmą, będą na gruncie śląskim moimi potencjalnymi sojusznikami. Ale dlatego też na Górnym Śląsku, na kolejnych transparentach nie może zabraknąć haseł, które do Śląska się odnoszą.  W każdym innym przypadku nie będzie to moja sprawa, a podobne rozczarowania (jak to związane z ustawą o mniejszościach)  będą się powtarzać. Ci, którzy wówczas będą tak bardzo ubolewali nad losem Śląska i jego tożsamości kulturalnej, niech po prostu milczą. Skorzystają z przywileju nic nie mówienia, podobnie jak wcześniej nic dla tej sprawy Śląska nie robili.

Solidarność wspólnoty oznacza bycie razem w dobrym i złym, a nie wówczas jedynie, gdy okazuje się, że ktoś nam zakręcił ciepłą wodę w kranie. Zazwyczaj robi to wówczas, jak nie pozwala już o tym mówić na głos. Takiej solidarności na Śląsku przed 25 października nie było. Niestety. Ślązaków systematycznie dzielono, napuszczano na siebie. Pozwalaliśmy też sobą manipulować, by spijać iluzję łask dworu i władzy. A może warto do tej solidarności i wspólnoty powrócić. Na przekór tym co byli i są? Dla nas samych. I to jest przywilej. Wyboru.

 bez tytułu

Malowany ptak… Obrazy NYC.

Opowieść o tych, którzy na spotkanie przy wigilijnym stole już nie dotrą…

U zbiegu Wall Street i Broadway stoi grupka osób z wysokimi tyczkami. Jak wielu innych ludzi spotkanych tego dnia na nowojorskich ulicach i ci robią coś, co – przez chwilę – pozostaje ich odrębnym i tajemnym rytuałem. Cel jednak zostaje osiągnięty. Ludzie przystają i jak ja, robią zdjęcia. Oni zaś wzbudzają krótkotrwale zainteresowanie. Nikt jednak nie pyta o co chodzi. Wreszcie, to mój pierwszy poranek w tym mieście, wychodzę z roli biernego obserwatora. Pytam. Mówią, że poszukują wspólnoty. Tworzą mobilny krąg i odnajdują centrum. To happening, po części społeczny performance.

W tle za nimi neogotycka fasada Trinity Church z pierwszej połowy 19. wieku. Inna wspólnota, inny świat. Jest akurat Dzień Wszystkich Świętych. Kościół wypełnia się powoli… To jedno z tych świąt, gdy dzwony przywołujące na nabożeństwo głośno biją. Od 2006 roku praktycznie ich nie słychać. Przeszkadzały, irytowały. Wieża, na której wiszą (jest ich łącznie 26) została wyciszona płytami pilśniowymi. 11 września kościół był jednym z tych pierwszych miejsc, w których umieszczono rannych. Przybywali tutaj masowo po osunięciu się pierwszej wieży WTC. Tamta wspólnota, tamtego czasu była potrzebna. Dzisiaj, ta symbolicznie oparta na biciu dzwonów nikogo (pozornie) już nie dotyczy.

Nowy Jork ma swój ponadstuletni dworzec centralny, ale to czym – z wielu powodów – żyje opinia publiczna obecnie, to wzbijający się ku górze i właśnie malowany na biało, przesiadkowy hub w World Trade Center, zaprojektowany przez Santiago Calatrava…  Śmiały, odważny projekt osiadłego w Toronto Hiszpana. Jest najdroższą (właśnie po Central Station) realizacją transportową w historii Nowego Jorku (ma kosztować ponad 4 miliardy dolarów i już ma ośmioletnie opóźnienie). Niektórzy ironicznie zauważają, że to oskubany szkielet indyka złożonego na ofiarę w dniu Dziękczynienia lub metafora miasta odzieranego z pieniędzy przez kolejne firmy realizujące inwestycję. W międzyczasie jego skrzydła pokrywane są kolejnymi warstwami farby… Uszczelniania jest konstrukcja. Nowojorczycy narzekając na kolejne przesuwane terminy otwarcia, z ciekawością czekają na ten moment.

Symbolika śnieżnobiałego centrum przesiadkowego odwołuje się do wystrzeliwujących ku górze, powalonych na ziemię ścian kurtynowych wież WTC. Rusztowanie tamtych zastępują nieskazitelnie białe (takimi będą), wnoszące się ku niebu nad Manhattanem, żebra nowej stacji… Pamiętacie zdjęcia po 11 września? Te sterczące z ziemi pozostałości konstrukcji WTC? Dymiące, pokryte diabolicznym puchem azbestu? Owe fragmenty żebrowania dawnych ścian kurtynowych… układające się w symboliczną, kurhanową mogiłę… Obydwa te obrazy są dla siebie więcej niż symbolicznym dopełnieniem.

Stacja jest jednym z elementów nowej zabudowy terenu po obu wieżach WTC. To co uderza, to inne od znanego nam w Europie myślenie o tym, jak pamięć powinna i może współistnieć z przeszłością. W tym przypadku oznacza to tworzenie wyraźnych, wyciszonych punktów odniesienia, by po ludzku ogarnąć i zracjonalizować tragedię ludzi i historię miejsca.

Muzeum 9/11 bez przesadnego patosu, opowiada o losie ofiar zamachu i prezentuje skalę tamtych zniszczeń. Zero krzyku. Fakty i artefakty. Na miejscu wciąż odbijamy się od fragmentów słupów, filarów, które choć nie powinny to pękły, choć zamierzone były na skalę i moc tytanów, to pogięły się i porwały na strzępy. Stacja huba i jej szkielet jest dla mnie przypomnieniem i wołaniem o pamięć tych, którzy niemal bezgłośnie opadali z wież na ziemie, by po chwili popłynąć ku górze. W modlitwie bliskich, wspomnieniach i łzach wylanych i wciąż sączących się w tym miejscu, po ścianach pomnika ofiar…

Wciąż prześladują mnie nazwiska osób, które zginęły tego dnia, a których dane wycięto w brązie wokół basenów po wieżach WTC. Jest wśród nich Reneè May i jej nienarodzone dziecko… Trudno powstrzymać emocje. Złe i dobre. Mieszają się i kotłują. Wciąż.

W niedalekiej odległości od pomnika znajduje się jedna ze stacji promowych na Liberty Island. Bilet do wolności jest na wyciągnięcie ręki.

11 wrzesnia biletów ku ocaleniu dla tak wielu zabrakło… Nie było też ich przy wigilijnym stole, choć byli przy nim obecni bardziej niż kiedykolwiek…

Group / Grupa ( w poszukiwaniu wspólnoty/ Wall Street - Broadway corner)

New York shapes / Kształty Nowego Jorku (Broadway, NY)

St. Paul' s chapel (w tle WTC Hub autorstwa Santiago Calatrava)

Tickets to liberty / Bilety do wolności (WTC, Manhattan)

Fallen bird / Upadły ptak (WTC HUB (l.) i 9/11 Museum (r.) Pamięć / Memory WTC

Naprawianie skrzydeł do lotu / Fixing wings for the flight (WTC Hub; arch. Santiago Calatrava)

O (metro, zanim dojedzie do WTC Hub)

Zaglądanie / Looking into (9/11 Museum)

Złamanie / Broken piece (11/9 Museum)

Złamanie 2/ Broken piece (2) (11/9 Museum - fragment ekspozycji)

Nieobecni / Missing ( 9/11 Memorial)

Tears / Łzy (9/11 Memorial, NY)

Już jest

Już jest.

W tym roku taka.

W kopercie, jak zawsze niepodobnej do innych.

Magia wyzierająca z czerni, bieli i półtonów. Obrazy bliskie i dalekie.

Niosące nadzieję. Tak… może zużyte słowo. Ale w tym czasie mam dość „fricku” i udawania, że święta, te zwłaszcza, to komercyjny piece of cake.

Są w nas i liczą na ocalenie…

  Boże Narodzenie 2015. Rudolf Riedl, (wł. L. Jodliński)

Hollywood nie dla Śląska?

Sonda

Przeczytałem sondę opatrzoną tytułem „Polska – scenariusz dla Hollywood”, którą zamieszczono w dodatku PLUS MINUS w ostatniej „Rzeczpospolitej” (11-12.grudnia 2015). Autorzy postawili swoim dobrze dobranym rozmówcom (są właśni i obcy, tych ostatnich niewielu) pytanie o to, kto w obrębie nowej polityki historycznej Polski, powinien na oczach naszych i całego świata, wyrosnąć na bohatera kultury masowej, ikonę wyobraźni Polaków i mieszkańców Europy, ba świata.  No i docelowo trafić na ekrany kin…

Tekst poprzedzony jest dosyć kontrowersyjnym i w sumie naiwnym nawoływaniem redaktora Dominika Zdorta, byśmy odzyskali dla Polski i naszej historii pamięć takich wydarzeń jak Bitwa Wiedeńska, czy Solidarność. Pisze o naiwnym apelu nie lekceważąc tych zdarzeń (zwłaszcza powstania Solidarności), ale z tego oto powodu, że to nagle twórcy kultury (nazwę ich tym eufemistycznym określeniem, by uciec od bardziej precyzyjnego określenia funkcjonariusze resortu kultury, o jakich jest potencjalnie jest mowa), mają odkręcać to, co tak koncertowo schrzanili politycy (przez lata).

Ich bowiem winą i grzechem zaniedbania jest to, że dzisiaj taki przełom 1989 roku w Europie Środkowej i Wschodniej pozbawiony jest w szerokim odbiorze (mówimy o wymiarze pop kulturowym) wątku na przykład Solidarności. Politycy utopili Solidarność i jej etos w bagnie wzajemnych oskarżeń, deprecjonowania zasług. Podobnie nie zawsze dość dobrze rozumieli dyplomację kulturalną przegrywając czas o pamięć, gdy wejście w obieg odzyskiwanej narracji historycznej w Europie oznaczał naturalne zainteresowanie dziejami tej części Europy, przez pozostałych mieszkańców naszego kontynentu, świata. Straciliśmy ten czas.

Wreszcie tak samo jak stało się to na Górnym Śląsku, zupełnie nie zrozumieli, że historia, która rozgrywała się  w tej części Europy może i musi oznaczać historię, która należy do wielu kultur, nacji i konfesji. Chcieli ją pokazać jako tylko własną. Własną i dla siebie. Polską, bez podmiotowej obecności Żydów, Ukraińców, czy Ślązaków właśnie. Porażka…

Bohaterowie nasi, nie wasi…

Ale, ale… Może jednak co dla jednych oznacza porażkę i wyjałowienie historii przez sprowadzenie jej do ersatzu historycznego i wymiaru homogeniczności narodowej, dla innych jest pozytywnym „zaoraniem” tej historii i uczynienie „najszą”, bo przecież odrobina fałszu (jak na G. Śląsku) skutecznie zmienia taką historię w zupełnie inną, nową opowieść z pogranicza alternatywnych historii własnych (tzn. polityków).

Coś jest na rzeczy, że skutek taka polityka historyczna odniosła i odnosi, bo gdy czyta się zestawienie blisko trzydziestu wypowiedzi osób zaproszonych do sondy „RZ” i gdy pada tam pytanie o to, kogo światu powinniśmy przedstawić z naszej historii (naszej, więc myślę naiwnie, że pewnie i śląskiej) to nie znajduję nikogo… ze Śląska właśnie. Przez chwilę, w desperacji chwytam się wypowiedzi takiego Cezarego Pazury czy o. Macieja Zięby, gdy wspominają św. Jadwigę, ale szybko okazuje się, że wykazuje się absolutną naiwnością…, bo oczywiście mowa jest wyłącznie o św. Jadwidze, królowej Polski i Litwy.

Historia Polski historią bez Śląska

Sytuacja ta nieszczególnie mnie dziwi. Pytane są osoby o pewnej pozycji w mediach, historii lub dzisiaj hołubione, ale właśnie nie lekceważąc ich pozycji i dorobku (nie mnie ją oceniać) jest niezwykłą okolicznością to, że żadna z nich nie wskazała w swoim zestawieniu kogoś lub czegoś co reprezentowałoby w tym przekazie dla świata historii o nas, jakiegoś epizodu, czy postaci z historii Śląska.

Śląsk nie ma – wedle tego zestawienia – bohaterów, nie ma go i niczego do historii Polski nie wniósł, o czym można byłoby światu powiedzieć.

Nie ma tam nagle historii powstań śląskich, duchowości tego regionu, wątków narodowych, modernizmu w sztuce i architekturze, uprzemysłowienia czy przysłowiowej Karolinki, co tak chciała do Gogolina. Może byłoby miejsce na Ślązaków w filmie o bitwie pod Monet Cassino (o filmie nie o Ślązakach wspomina Bronisław Wildstein), ale co by scenarzysta z reżyserem zrobił z Volkslistą, nie chce nawet myśleć. Może dostalibyśmy nowe wcielenie Gustlika. Ślązaka dobrego, choć nieco prostego. Silnego ciałem, ale skołatanego intelektualnie, takiego bohatera Przymanowskiego bis (Gustlik reaktywacja), na czasy nieco recyklingowe, jakie mamy. Nie ma wśród wyliczonych zdarzeń dokonań współczesnej medycyny śląskiej, czy może tak nośnych dzisiaj gwiazd sportu w 20. wieku (to w ogóle ciekawe, że postaci z tego środowiska nikt nie wymienia)… Wymowna lektura.

Dlaczego tak?

Gdy powstawał scenariusz wystawy (odrzuconej ostatecznie) w Muzeum Śląskim, wąskie grono osób, które ją broniły, powtarzały o potrzebie stworzenia, powołanie na nowo pewnego mitu założycielskiego dla Śląska. Pokazania nowego oblicza tej ziemi i jej historii. Jedni tego w ogóle nie chcieli (bo i po co Śląskowi jego własna historia), inni niestety nie rozumieli, że dzisiaj masowy odbiorca nie ma innych wyobrażeń o Śląsku, niż te w które wyposażył go PRL. Te uznali za wystarczające, myśląc że relacja centrum-peryferia nie wymaga lepszego opisu końca świata, na którym dla nich samych Śląsk leży. Górny Śląsk dodajmy czarny, górniczy, brudny i kryminogenny (cytuje jedynie wyniki badań z 2010 roku). No byli i tacy, którzy „bez zrozumienia tekstu”, mówili coś o tym, że historia nie znosi mitów, i że to coś nieznanego historii (by mity były?!). Zostawiam ich i ich ówczesne argumenty na boku, bo brak zdolności do abstrakcyjnego myślenia, wyklucza z dyskursu humanistycznego, zresztą każdego chyba.

Nie doczekaliśmy się więc śląskich bohaterów, postaci, które weszłyby do historii Polski i Europy do masowego obiegu. Nie dokonała tego (bo nie mogła), ukształtowana przez polityków i politykę wystawa w Muzeum Śląskim, nie wniosła czegoś co można nazwać ikonami Śląska dla Polski i Europy. Oczywiście wiem, na wystawie postaci takich jest teoretycznie wiele, nawet po ostrej selekcji ostało ich się trochę. Co z tego? Papierowe, blade w prezentacji wystawy. Zostały tam, gdzie były – w mrokach historii i sal muzealnych. Taki Korfanty na przykład. Komu on bohater, komu postać wybitna? Żadna z osób, które wypowiedziały się  w sondzie  (pomijam osoby, które wycofały się z takich wskazań, jako upolitycznianie kultury) nie wskazały na dzieje Śląska i postaci z tej historii.

Śląsk jest więc w tej sondzie i w życiu społecznym gdzieś obok, gdzieś tam. To Ubolandia polskiej polityki historycznej i przyszłej produkcji filmowej… Moment, moment, ale skoro Ubolandia i ten Śląsk to takie science-fiction dla naszych środowisk opiniotwórczych, to może jednak to jest temat na film dla Hollywood?

Już widzę początek takiej superprodukcji i Ślązaków (Górnoślązaków należy dodać)  osiedlających się w teksanskiej Pannie Marii. Potem to już jakoś pójdzie. Na szczęście zajmą się tym fachowcy z Hollywood…

 Bez tytułu

Radioman, jako sposób na odczuwanie świata

Obejrzałem (słowo, miałem robić coś zupełnie innego) świetny film w reżyserii Mary Kerr z 2012 roku Radioman, który opowiada o ikonicznej postaci, kiedyś włóczęgi i alkoholika, a dzisiaj jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci filmowego Nowego Jorku…

Zagrał w ponad 100 filmach, w tym mojej ulubionej serii Bourne’a.  W tej ostatniej nigdy go zresztą  nie  dostrzegłem, dopóki w „Radiomanie” właśnie, na zwolnionym ujęciu poprzedzającym napisy kończące Krucjatę Bourne’a (2004), przemyka na swoim rowerze (97, 42 min. filmu ) przecinając drogę głównemu bohaterowi (na chwilę i niewinnie). Craig Castaldo – tytułowy Radioman dzięki temu filmowi odzyskał tożsamość, prawo do własnej historii i może lepsze rozumienie tego, dlaczego to on właśnie zna setki aktorów Hollywood, a oni znają, a w najgorszym razie tolerują, jego…

Nie chce w tym miejscu toczyć jałowych rozważań o roli fricków (jak dzisiaj by ich nazwano), czy dziwaków  w naszym życiu i na temat tego, jak dalece zmieniają i ubarwniają pejzaż naszych ulic. To zdecydowanie bardziej skomplikowane niż pozór obserwacyjny, który czyni z nich dobrowolnych kontestatorów rzeczywistości. Taki uzasadniony odsetek tych, którzy odrzucają to, w czym tkwi reszta populacji. „Tak, wybrali, tak chcieli”- mówimy sobie w duchu i rzucając jakąś monetę w ich kierunku, tłumimy jej metalicznym odgłosem wyrzuty naszego sumienia. Po czym, idziemy dalej w świat, którego często jak oni nie akceptujemy.

Chyba każdy z nas ma w swoich wspomnieniach cienie takich postaci przemykające w miejscach, w których kiedyś wzrastał. Pamiętam i ja takie malowane ptaki z Gliwic. Nie miałem wówczas aparatu fotograficznego, by zrobić im zdjęcie. By utrwalić moment zdumienia i ciekawości, że są, że tak mocno nie pasują do jednoznacznego obrazu tamtej rzeczywistości.  Zresztą poza Rydetową, a po niej Lewczyńskim, nikt im nie robił zdjęć. To nie był temat na fotografię. To była nędza, dziwactwo i opuszczenie. Przestroga dla niegrzecznych dzieci, że jak się nie będą uczyć, to też tak skończą (marnie).

On i ona. Para niezwykła.

On niższy, w długim płaszczu, ziemistym, kiedyś może beżowym, białym. Broda, pet w ustach…. Ciągnący wózek z różnymi „szpejami”. Papier, metal, jakieś druty.

I ona. Potężna. Dominująca nad nim wzrostem, wagą, intensywnością obscenicznych bluzgów, jakie płynęły z jej ust w konwersacji, gdy rozmawiali ze sobą. Tolerowani przez system, aparat porządku. Kroczący ulicą, która wietrzyła w ich zachowaniu coś niezwykłego i zanurzonego w przeszłości. Sztafaż gliwickiej ulicy połowy i końca lat 70-tych. Do dzisiaj nic o nich nie wiem.

Inną taką postacią już z ulic Krakowa, a właściwie jego dawnego dworca PKP, była starsza kobieta poważnej postury, która podchodziła do stojących w kolejce ludzi i od każdego domagała się grosza na bułkę dla siebie. Czasy były już inne, ja też odmieniony, ale mimo to nie zadałem sobie pytania dlaczego? Po co? Kim jest?

Mamy czasy cokolwiek podłe. Pełna konsumpcja, wystarcza ciepła woda w kranie, pięć stów na dziecko i przezorna rozdzielność majątkowa świeżo upieczonego posła, by w razie co, niewiele lub nic nie stracić na tym, że jest naszym trybunem. Facebook dusi się od egotycznych zdjęć i zwierzeń z życia równie prawdziwego, co smak serka o aromacie waniliopodobnym. Konsumpcja i świat wartości księgowego. Mam, nie mam. Bilans się zgadza lub nie. No i wciąż „ja, mnie, o mnie i znowu ja”. Zbiera mi się na mdłości.

A wokół nas oni.

„Wyrzutki” takie jak Radioman.

Irytują nas. Ich obecność kłuje, prowokuje do weryfikowania tego, po co i jak my żyjemy. No może przydają się w okresie poprzedzającym Boże Narodzenie. Dają szansę, by jak w „Opowieści wigilijnej” wykazać się dobrym sercem i dać sobie szanse na poprawę.

Radioman mówi w filmie o sobie i o gorzkim doświadczeniu ludzi, jak on kiedyś wzgardzonych, bezdomnych. Są „niewidoczni”-  jak on –  przez lata całe. To świat, w którym nie ma miejsca tak naprawdę miejsca dla odmienności i ich bezdomności. Ta ostatnia jest niestosowna i nie ma ceny za metr kwadratowy ulicy swojej mizerii.

Radioman mówi też coś o nas, gdy podkreśla, że bycie sobą jest wartością. Po czym dodaje – „A tamci to tłum. Tłum też przecież jest potrzebny…”. Ale komu?

***

Słowniczek terminów (historycznych) dla młodzieży

  1. Gierek, Edward – I sekretarz KC PZPR (taka partia), którego karierze  kres położyły strajki sierpnia 1980 roku.
  2. „Opowieść wigilijna” – opowiadanie Ch. Dickensa; pokazywane w zekranizowanej wersji pod koniec 20. wieku, w Wigilię Bożego Narodzenia w TVP. Potem zastąpione przez produkcję USA „Kevin sam w domu”.

 bez tytułu