Warsaw in blue…

Kilka dni w Warszawie.

Letnie dni. Kolory wydobywane na powierzchnię przy użyciu niebieskiego…

Sprowokowało mnie niebo, słońce… Dosyć wyjątkowe światło, a może myśl, że Warszawy z „Białego” Krzysztofa Kieślowskiego już nie ma, a miasto nieodwołanie zdominował „Niebieski”?

Refleksy, tego co realne i odbicia tego, co tylko wyobrażone.

Miasto, które jak ptaki u Yves’a Kleina, robi jedynie dziury w niebie, niszcząc urodę nieboskłonu? Warszawa w błękicie.

Niebieski pozwolił na moment zapomnieć o tym, co na ziemi i odrzucić wszechobecny chaos przestrzenny miasta, oferując ucieczkę i ratunek w szlachetny lapis lazuli?

Warszawskie przeniebieszczenia. Taki temat.

Heaven is on earth? Illusions (1)

 Illusions (2)

Old white and new blue

Niebieskie. Perfect location (Blue) Mars is coming Modernism in blue Warsaw in blue Black and blue... Royal blue Big sky city Old city blue Blue, niebieski, modry... Lost in blue Blue postcard from Warsaw Blue Citi never sleeps Blue and a little bit of city

White meets blue

Blue and a palm

Blue square Blue people (and some red) Blue square

Niebieski i inne (kolory)

 

Praska architektura przy A4…

Warto zjechać z autostrady A4, by na chwilę zanurzyć się w barokowych kulisach świątyni pw. św. Jadwigi Śląskiej w Legnickim Polu. Świątynia i w dawnym kompleksie klasztornym, dziele jednego z najwybitniejszych architektów praskiego (czeskiego) baroku, Ignacego Kiliana Dientzenhofera.

Budowlę kościoła rozpoczęto w 1719 roku. Świątynia została poświęcona w 1731 roku. Praskie dzieła Dientzenhofera (jak chociażby kościół św. Mikołaja w Pradze na Malej Stranie), są gwarancją tego, że uroda i jakość architektury w Legnickim Polu nas porwie i zachwyci (na pewno nie pozostawi obojętnym). Dopełnieniem architektury Dientzenhofera są prace równie wybitnych twórców epoki aktywnych na terenie Europy Środkowej w dziedzinie rzeźby, malarstwa i sztuki dekoratorskiej.

Freski w obecnej bazylice mniejszej (kościół jest nią od 2004 roku) są równie wysokiej próby, co architektura świątyni i wyszły spod pędzla Cosmy Damiana Asama. Rzeźby z fasady świątyni, wnętrza i obraz z ołtarza głównego to prace Karla Josepha Hiernle. Malowidła w bocznych ołtarzach są autorstwa Wacława Lorenza Reinera. To nazwiska klasy europejskiej, które – gdyby nie symboliczne miejsce i możliwości fundatorów – na pewno nie spotkałyby się w tym miejscu i od tą szerokością geograficzną.  Jedno z ostatnich tchnień sztuki katolickiego Śląska, gdy istniejący tu porządek, zastąpił powojenny ład po 1742 roku…

Legnickie Pole (niem. Wahlstatt), to jedno z tych miejsc, które idealnie wpisuje się w koncepcję Erinnerungsorte – miejsc pamięci – lieux de memoire. To miejsce utrwalone w zbiorowej tożsamości żyjących tu narodów. Rodzące emocje i własne narracje plemienne, narodowe i symboliczne. Wpisujące się w mitologię losów Europy i spotkania się pod Legnicą, w 1242 roku, dwóch światów: Wschodu i Zachodu. Światów pozostających wcześniej i później w nieustannej konfrontacji i rywalizacji, zinterpretowanej niepoprawnym politycznie piórem Samuela Huntingtona (The Clash of Civilizations and the Remaking of World Order, 1996).

Miejsce ma także swoje odniesienia współczesne. To tutaj, w dawnym budynku klasztornym, w zorganizowanej tu szkole kadetów kształcił się m.in. późniejszy marszałek Paul von Hindenburg.

Świat, światy… do odkrywania i definiowania, tuż obok A4…

Legnickie Pole. Fasada. Masyw wieżowy.

DSC_9619 (3) Barokowe poruszenie. Fasada bazyliki w Legnickim Polu Szczyt fasady. Legnickie Pole

Hełmy wież

Legnickie Pole. Dawny klasztor pobenedyktyński i bazylika

Ołtarz główny. Legnickie Pole Legnickie Pole. Wnętrze. Strona chóru Freski sklepienia

Detal drzwi do bazyliki

 

Zza bramy. Esej fotograficzno-literacki

Cmentarz Żydowski w Krakowie widziałem wielokrotnie. Zza krat ogrodzenia, które odziera to miejsce z ciszy i podważa pozorność prawdy, że to dwa różne i odrębne światy. Przenikanie, tego co żyje i tego co odeszło, jest tutaj tak naturalne, jak zieleń, która zawładnęła tym miejscem.

Na nowym cmentarzu żydowskim byłem dwukrotnie. Za każdym razem było to coś ważnego i wyjątkowego. Nie mogę powiedzieć, bym cmentarz ten znał. Nie jest tak i tak pozostanie.

Jak wielu, zaglądałem tam zza lekko uchylonej bramy, z niepokojem i ciekawością, znaną mi z innego, nowego cmentarza żydowskiego w Gliwicach. Ten zawsze kusił swoją tajemniczą i nieprzeniknioną aurą, która docierała do wyobraźni dziecka, zerkającego w jego stronę podczas dnia Wszystkich Świętych. Gdy ciemność tam panująca i rozświetlenie cmentarza katolickiego, to były dwa, absolutnie odrębne (obok)światy.

Zainspirowany wskazanym mi (dziękuję) albumem Andrzeja Nowakowskiego „Powiększenie” (nie wiem czemu przecenionego wówczas poniżej poziomu przyzwoitości, choć na moje szczęście; osoby bez pracy), postanowiłem z tematem tym się zmierzyć, zbierając i wybierając zdjęcia tam zrobione.

Cmentarz powstał w 1800 roku i od tego czasu służy krakowskim (i nie tylko) Żydom.

Był dewastowany i śladów tego nie zatarł ani czas, ani ludzie. To dobrze. Jego kalectwo tchnie prawdą, o nas. Tych, którzy przychodzą tam zza bramy…

Zza bramy

Profanum - Sacrum

Na marach

Czytaj dalej

Opis pewnego miejsca…

Tam, gdzie izraelskie przekąski…

Św. Jakub

serwuje herbatę, wino koszerne i kawę z Findżanu.

Kardamon wypełnia nozdrza.

Św. Józef, za rogiem…

Niemo nawołuje

„Hummus, herbata po marokańsku…”.

Cheder.

To nie szkółka niedzielna.

Odgłosy. Szkło, porcelana, szelest kartek.

Aromaty, rwane słowa. Niespisane.

Kazimierz, ziemia nieświęta, choć (po)święcona.

Takie miejsce.

A dwaj święci,

wciąż tacy zapracowani…

***

Bywanie na spotkaniach z poezją (o fotografii nie wspomnę), bywa jak widać zaraźliwe. Obiecuje tego nie powtarzać, ale przywołane miejsce z krakowskiego Kazimierza, na taką próbę się nadawało…

Ulica Jakuba

Tea (II) Wine Cheder not sunday school

Hummus Tea

Kardamon, kawa, gożdziki

Welcome to Kofolacountry. Trzy zdjęcia, do których jeszcze wrócę…

Pobyt w Czechach (czy ja mówiłem, że mam już prawo czasowego pobytu w tym kraju?), skłania do szukania syntez, odniesień, znajdowania interpretacji tego, co widzę i – tradycyjnie – tego, co niewidzialne dla oczu.

Punktem wyjścia do tego tekstu (-ów), będą te trzy zdjęcia.

Pomnik braterstwa broni żołnierzy czechosłowackich i radzieckich, stojący koło muzeum w Hrabyne. Odsłonięty w… 1980 roku.To symboliczne pytanie o przeszłość. O to, ile jej Czesi chcą, ile potrafią unieść, a ile zakopaliby w swoich pięknie otrzymanych ogródkach.

Zakopując ją, popijaliby zapewne Kofolę, alternatywę czechosłowackich techników żywieniowych. Wymyśloną, by wygrać z Coca-colą i Pepsi… Symboli świata, do którego dzisiaj, w jakimś sensie, aspirują i są jego częścią.

Ile pęknięć, nieciągłości.

Kuszące tematy, trudne, ciekawe…

 

Past - Przeszłość

Kofola country

Nieciągłości. Kolor

 

Czeskie Cicely…

To nie będzie tekst obfitujący w daty i nazwiska. Będzie to raczej krótka, zapewne powierzchowna obserwacja z Karniowa (czes. Krnov), które jak wiele okolicznych miasteczek Śląska Opawskiego, zadziwia swoją aurą i ma się wrażenie, że to plenery i obrazy ze znanych nam opowieści filmowych…

No więc, czy pamiętacie to urocze, a straszne czasami alaskańskie Cicely z „Przystanku Alaska” (Northern Exposure)? Gdzie wszyscy wiedzą wszystko o innych? Gdzie przemknięcie się po ulicach miasta oznacza niekończące się „dzień dobry” i „jak się masz?”, „co słychać”? Nie ma co prawda doktora Fleishmanna, ani uroczej Maggie, łoś nie chodzi ulicami miasta, ale i tak jest podobnie?  To miejsce, gdzie puste ulice  przywołują sceny  z westernowego „W samo południe”, a atmosfera lekkiej beznadziei jest jak z „Ostatniego seansu filmowego”?  Puste ulice, przemykające pod murami, nieco zatrwożone psy. Rowerzysta nagle pojawiający się i znikający. Kawiarnie, w których klienci mówią do obsługi po imieniu, a tzw. obcy jest obserwowany z najwyższa uwagą.  W tym wzroku, jest zresztą zdziwienie i zaskoczenie, skąd się tutaj taki wziął i jak do nas trafił? Czyżby to gość z pobliskiej „Lost highway”?

A wszystko to w miasteczku z placami i ulicami niemal tak wymarłymi, jak w jedynym polskim westernie „Prawo i pięść”. I tutaj plakaty na słupach mocno nieaktualne. Uparcie zaprzeczają przemijaniu. Hotel smutny i rozczarowany okazywanym mu brakiem zainteresowania… Ja tez w nim nie zanocuję…

Przechodnie, jeśli już się pojawiają, znienacka podejmują między sobą rozmowy, które (jestem pewien!) przerwali wczoraj, przedwczoraj i teraz, jakby nigdy nic podejmują je na nowo. Jak kule bilardowe wpadają na siebie, odbijają się i pewnie za chwilę znowu się spotkają.

A może dzieje się tak za sprawą magicznego mostu braci Klein, odlanego i zmontowanego w pobliskim Sobotinie, gdy nazywał się jeszcze Zöptau? Wykonany w 1900 roku, miał być drogą ku nowoczesności, a wywiódł miasto w zaświaty slowlife’u?  Nie wiem, gubię się. Tyle tu miejsca i niewiele punktów oparcia.

Współcześnie wkraczamy owym (obecnie białym) mostem do miasta i nagle, powoli, świat jakby zwalnia i jest coraz bardziej odrealniony?  W sugestii znalezienia się w świecie innym niż prawdziwy, utwierdza nas niezwykle „ubarwiony” (bo jak nazwać to inaczej) miejscowy ratusz. Intensywnie pomarańczowy kolor elewacji, barwne i wzorzyście ułożone dachówki oraz kontrastująca z nim zieleń sąsiedniego budynku, nadaje całości nieco surrealistyczny wygląd. Tort w środku miasta? Lukrowany domek dla lalek? Kicz to? Inny smak? A może to fantazja miejscowych przemysłowców, włókienników i sukienników, dzisiaj pieczołowicie odtworzona i bliższa mentalnie kreacjom szalonego Ludwiga II Bawarskiego, niż poczciwej atmosferze i upodobaniom mieszczańskiego, wciąż, Karniowa…

Wypijam moją mrożoną kawę. Ja, jedyny obcy w tym mieście. I umykam. Za most. Na najbliższym rondzie, życie i ruch zdecydowanie przyśpiesza… Karniów, zostaje, został, zatrzymał się…

Ratusz Krnova (Karniowa)

Most z Sobotina (Zoeptau), z wytwórni braci Klein...

Wciąż w użyciu. Most karniowski...

Most, za zanim droga...

 

Kolben & Co. i galeria nostalgiczna…

Spółka Kolben & Co., funkcjonująca w istocie pod różnymi nazwami od 1896 r. założona została przez Emila Kolbena, urodzonego koło Pragi w 1862 roku, czeskiego Żyda, związanego z pobliskim Karniowem (tutaj także działały niektóre z zakładów koncernu).

Kolben był stypendystą prestiżowego Edison Machine Company w USA (1888-1892). W Stanach spotkał Nikolę Teslę, co wywarło bardzo silny wpływ na jego dalszą karierę. Posiadało także i ten skutek, iż w dyskusji na temat przyszłości urządzeń elektrycznych, opowiedział się jednoznacznie po stronie propagowanego przez Teslę prądu zmiennego.

W 1896 r. powrócił do Europy i założył w Pradze przedsiębiorstwo elektrotechniczne pod nazwą: Kolben und spol. elektrotechnická továrna v Praze-Vysočanach. Zakład rozpoczął produkcję od wytwarzania silników elektrycznych i generatorów dla elektrowni. Przez kolejne lata firma Emila Kolbena rozwijała się, pozyskiwała nowych inwestorów, poszerzała asortyment produkcji.

Do roku 1907 w wyprodukowała 5000 maszyn elektrycznych, 6500 instrumentów, 700 małych i 205 dużych dystrybutorów prądu. Firma wyposażyła również pierwszą centralę elektryczną miasta Pragi oraz elektrownię w Londynie! Przedsiębiorstwo zatrudniało wówczas około 800 pracowników.

W 1921 r. doszło do fuzji z czesko-morawską fabryką maszyn pod nazwą” Českomoravská-Kolben, a.s. Nowy, większy koncern produkował turbiny, generatory, lokomotywy elek­tryczne, urządzenia dla fabryk cukru i samochodów. W ramach dalszych zmian własnościowych doszło w 1927 r. do połączenia z firmą Breitfeld, Daněk & Co. AG. Tym samym pod nazwą Českomoravská-Kolben-Daněk (ČKD) powstało największe w Czechosłowacji przedsiębiorstwo budowy maszyn.

Po zajęciu Czechosłowacji przez armię niemiecką 15 marca 1939 r. Kolben został natychmiast usunięty z zarządu, aresztowany i zesłany do obozu koncentracyjnego w Theresienstadt, gdzie zmarł w 1943 r.

***

Prezentowane poniżej urządzenia pochodzą z ekspozycji w synagodze w Karniowie /Krnov/

Kolben&Co

A & V

Volt Ampere

Ramenka

Żarówka

 

Byli, powrócili… Synagoga w Karniowie. Szkic pierwszy

Zaledwie od kilkunastu miesięcy cieszy oko i jest wyróżniając się swoją sylwetką w pierzei ulicy Soukenickiej. Jedyna taka synagoga na terenie Śląska Opawskiego.

Jest, o czym przekonuje wnętrze dawnej świątyni, czymś więcej niż dawną synagogą. To miejsce upamiętniające żydowską społeczność tego regionu. Przypomnieniem dokonań Żydów Śląska Opawskiego jest zorganizowana na emporach reformowanej synagogi, naprawdę interesująca wystawa prezentująca wkład tej społeczności w życie gospodarcze i społeczne Cesarstwa Habsburgów i Republiki Czechosłowackiej. Są zresztą i wątki z polskiego Górnego Śląska. Przy innej okazji coś na ten temat.

Sama synagoga to dosyć typowy przykład architektury mauretańskiej w budownictwie synagog, szeroko i interesująco opisany już w literaturze przedmiotu. Dom modlitwy w Karniowie, wówczas znanym raczej pod nazwą Jägerndorf, zaprojektowany został przez Ernsta Latzela w latach 1870-1872, dla licznej i dynamicznie rozwijającej się społeczności żydowskiej tego miasta i pobliskich osad.

Architektura reformowanej synagogi inkorporuje wybrane rozwiązania świątyń chrześcijańskich, będąc świadectwem kulturowej asymilacji społeczności żydowskiej. Zjawisko typowe dla Środkowej Europy i krajów niemieckojęzycznych, w sensie formalnym było odejściem od ortodoksji, tak w obrębie obrządku, jak i form organizowania przestrzeni świątyni. Empory, układ nawowy, Aron – ha – kodesz (miejsce przeznczone do przechowywania zwojów Tory) nawiązujący do rozwiązań absydowych w bazylikach wczesnochrześcijańskich, to wszystko znajdujemy w karniowskiej synagodze, podobnie jak doskonale zachowane tutejsze organy, również stanowiące wówczas novum w sprawowanej liturgii. Nie bez znaczenia jest także i to, że architekt synagogi, był wziętym projektantem świątyń ewangelickich na terenie czeskiego Śląska. Cytaty architektoniczne, po które sięga są czytelnym odwołaniem do tych doświadczeń i rozwiązań formalnych…

Synagoga w Karniowie jest przypomnieniem i potwierdzeniem wspólnoty kulturowej Śląska i tej części Europy Środkowej. Dowodzi także łączności tego obszaru Śląska austriackiego z dawnym Śląskiem pruskim, gdzie jak w Gliwicach (Gleiwitz; by nie sięgać daleko), powstawały bardzo podobne założenia świątynne, dzisiaj niestety znane tylko z przekazu ikonograficznego. Czytelnikom znającym Kraków, synagoga w Karniowie bardzo mocno przypominać będzie synagogę reformowaną Tempel przy ulicy Miodowej… Trudno i tym razem uciec od słusznego wrażenia oddziaływania wspólnoty kulturowej i architektonicznej Europy Środkowej… Jest w nas  i wokół nas, bardziej niż moglibyśmy sądzić…

Karniowska synagoga do listopada 1938 roku funkcjonowała, jako dom modlitwy i szczęśliwie nie została zniszczona w trakcie Nocy Kryształowej. Wkrótce po wkroczeniu nazistów, zdewastowana i sprofanowana, zamieniona została na miejską halę targową. Przez kolejne lata po 1945 roku pełniła funkcję magazynu, a od 1960 roku Archiwum Powiatowego.  Powódź 1997 roku wyprowadziła z murów synagogi archiwum i była początkiem zmian, za którymi stała praca Stowarzyszenia „Krnovska synagoga”. Stowarzyszenie rozpoczęło rewitalizację synagogi, szczęśliwie wspartą środkami UE. Rewitalizacja, staranna, kompleksowa (efekty są naprawdę imponujące) zakończyła się w 2013 roku, czyniąc z tego miejsca swoisty rodzaj centrum dokumentacji i pamięci o Żydach Śląska Opawskiego.  Warto tu przyjechać i zobaczyć to miejsce. Dla osób zainteresowanych stylem mauretańskim w architekturze synagogalnej na Górnym Śląsku, to naprawdę niepowtarzalna okazja. Resztę opowieści, na tym etapie, powierzam zdjęciom. Wrócę tam na pewno. Do opowieści o Żydach Śląska Czeskiego, również.

Synagoga w Karniowie. Masyw wieżowy.

Zrewitalizowana synagoga. Widok od południa. Synagoga w swoim współczesnym splendorze. (Karniów/Krnov 2014) Wnętrze synagogi. Widok w kierunku zachodnim

 Byli, powrócili... Karniowskie Stolpersteine. Odeszli, powróciła pamięć... Byli, powrócili (2)

Wnętrze. Urządzenia klimatyzacyjne z... XIX wieku... Organy

Wnętrze administracji synagogi. Jan van Eyck byłby uśmiechnięty...

Empory świątyni i fragment ekspozycji poświęconej społeczności Żydów Czeskiego Śląska  Widok na Aron-ha-kodesz

Witraż klatki schodowej prowadzącej na empory świątyni.

Kraj Hulczyński. To co zostało.

W tym Kraju słyszy się znajome nam „ja’ wpadające w „jo”. Pejzaż, gdyby obsadzać go tujami i cyprysami mógłby udawać ten toskański.

Jest też pamięć wojny. Celowo opisana została w tym eseju kolorami czerni i bieli i – mam nadzieję – tego co pomiędzy. Najlepsze dla „pomiędzy” byłyby słowa. Zanurzam je w szarościach, tego co nie jest czernią i bielą.

Kierunki

Pejzaż hulczyński

Rozgraniczenia Zakleszczenie Piramidy

Dwa drzewa

Białe i szare

Zapomniane, opuszczone...

Wybrzuszenie