Podróż na Północ. Epilog historii Samuela Hirscha. Izrael (6)

Jadę na północ. Opuszczam Tel Awiw i jadę do miejsca, istotnego dla mojej opowieści o Samuelu (Franz) Hirschu. Ważnego dla zrozumienia jego życia po opuszczeniu Beuthen. To będzie symboliczny koniec opowieści o Samuelu Hirschu, lecz nie koniec  spotkań z rodziną Hirsch i historii bytomskich Żydów.

Północe dwie

Ale na jaką północ się wybieram? Tę na miejscu, powyżej Hajfy i w kierunku Góry Karmel? Czy będzie to wędrówka gdzieś w okolice Rygi, niegdyś polskiej Kurlandii i Lipawy, która po II rozbiorze stała się jedynym portem polskim nad Bałtykiem, który należał do Korony od 1793 do 1795 roku?

Kilka zdjęć na ścianie domu Samuela Hirscha (którego już nie ma, ale którego pamięci strzeże Hannah Kramer, pochodząca z łotewskiej  Liepāja (pol. Lipawa) wdowa po nim), podważy jednoznaczność Północy w tej topografii.

Tymczasem Izrael. Podróż na północ. Jedziemy płatną A6. Wiedzie z Tel-Awiwu przez stosunkowo zielone tereny, choć im dalej na północ, tym bardziej jest to zieleń wydzierana lub wydarta naturze. Na kilkudziesięciokilometrowych odcinkach po mojej prawej stronie rozciąga się mur graniczny z Autonomią Palestyńską. Szary i bez obrazów Banksy’ego  jest smutnym przypomnieniem muru ze śródmieścia Wschodniego Berlina.

Wiele jest w nim z tamtego. Wieżyczki wartownicze o nieco większych kapeluszach i jakby bardziej rozłożyste. Mimo to przypominają tamten berliński. Czarne otwory strzelnicze.

Odwracam wzrok, tak jest łatwiej. Dzisiaj zresztą nie chce nic o nim wiedzieć. Nie rozwiążę niczego. Ani sensu jego istnienia, ani nie znajdę dość dobrej odpowiedzi na pytanie dlaczego.

Tuż za murem i dalej, po horyzont widać kolejne arabskie, palestyńskie miasta. Minarety. Często po kilka w jednej osadzie. Pamiętam też już z pierwszej wizyty w Izraelu, że to co za murem jest bardziej szare. Mniej tam zieleni, soczystych jej odcieni.

Moszawa

Dojeżdżamy do Jokne’am. Właściwie tuż przed miastem skręcamy na jednym z rond w prawo i docieramy do Jokne’am Moszawa, dawnej spółdzielni, którą w 1935 roku założyli między innymi syjoniści wszelkiej orientacji i żydowscy imigranci między innymi z niemieckiego Bytomia i polskiego Bielska. Na zdjęciach publikowanych przez Jacka Proszyka („Życie według wartości. Żydowscy liberałowie, ortodoksi i syjoniści w Bielsku – Białej, Jaworze 2012), widać tamten czas i młodych Żydów pracujących przy budowie domów, odwiertów artezyjskich. Na zdjęciach dominuje syjonistyczny entuzjazm i szeroki uśmiech. W listach do domów więcej jest już prawdy. Opisów trudów zamieszkiwania na nieużytkach, złej sytuacji ekonomicznej i tego, że bycie pionierem oznacza czasami klepanie biedy, której nie znało się przed emigracją.

Współczesna moszawa przypomina plan wioski, jaki spotkalibyśmy na kontynencie. Jest jakiś centralny punkt, dawna obora i silos zbożowy zamieniony na sklep, dom kultury i lokalną, bardzo cenioną koszerną  restaurację Tanduka.

Obok plac, dawne zabudowania rady (dzisiaj szkoła) i prosty budynek synagogi. W niej śpiewał Samuel Hirsch. Nie zawsze. czasami. Tam też znajdziemy tabliczkę z jego imieniem i nazwiskiem, jaką tradycyjnie umieszcza się w domu modlitwy po śmierci członka wspólnoty.

Wnętrze synagogi w Jokneam Synagoga w Jokneam, fasada

Tablica z synagogi; inskrypcje odnoszące sie do Martina i Samuela Hirsch

Dzisiaj Jokne’am wita przybysza starą zielenią wysokich drzew, cieniem potężnych eukaliptusów zabijających wylęgarnie malarycznych komarów. Widok domków schowanych w zieleni. Nieco małych, przycupniętych do ziemi, ale przypominających podobne z Europy. Z tą różnicą, że miast jabłoni skrywają się w cieniu dawanym przez drzewa cytrynowe i pomarańczowe.

Stara tablica - dom Hirschów

Dom Samuela i Hannah Hirsch (d. Kramer) Jokneam, 2017 Eukaliptusy w Jokneam, (Izrael marzec 2017)

Zdjęcia i wspomnienia

Zanim jednak się rozglądnę, wysiądę z samochodu, przywołuje inne obrazy. Jest ich w istocie kilka. To zdjęcia z rodzinnych albumów rodziny Hirsch.

Na jednym z nich jest Leopold Saul Kramer. Elegancki łotewski Żyd, biznesmen z Libau (łot. Liepāja). Stoi na nabrzeżu gdyńskiego portu. W tle MS Polonia z podanym na burcie portem macierzystym w Gdyni. Statek dość słynny, bo nie tylko z tego powodu, że odbywał regularne rejsy między Europą, a Hajfą do 1939 roku. To na jego pokładzie doszło do słynnego i potężnego przemytu broni do Palestyny w 1936 roku. Tymczasem jest rok 1935 i Leopold Saul Kramer rozpoczyna swoją podróż do Hajfy. W Palestynie był już rok wcześniej, by kupić ziemię w moszawa w Jokne’am. Teraz definitywnie opuszcza rodzinną Łotwę, a wcześniej Lipawę. Wraz z nim są żona Deborah i córka Hannah, która ma wtedy 9 lat. Nie boi się podróży. Ufa rodzicom i w to, że jej tate wie co robi. W 1937 roku także na pokładzie MS Polonia przybędzie do Hajfy Samuel Hirsch. Dziesięć lat później pobierze się z Hannah.

Lipawa

Tymczasem powróćmy do zdjęć z Lipawy.

Grupa jest liczniejsza. Nie ma fotografii, na której byliby wszyscy. Wraz z nimi podróżuje kilka cioci i wujków, dzieci. Wszyscy są z Lipawy, a że w domu używa się hebrajskiego i niemieckiego, na długie dziesięciolecia wspomnienia krążyć będą wokół wyjazdu nazywanej z niemiecka Libau. W domu przez lata mówić się będzie po niemiecku, szczególnie gdy dorośli będą chcieli omówić coś poza wiedzą dzieci. A potem przestanie.

Żydzi z Niemiec, z Łotwy różnią się od innym żydowskich emigrantów. Są mocno zasymilowani z europejską kulturą. Pewni swojej pozycji. Łotewscy, podobnie jak ci z Niemiec, mówią po niemiecku. Wielu zabrało z sobą meble i przedmioty z „tamtego” świata. Do czasu Nocy Kryształowej mieli silne przywiązanie do kultury niemieckiej. No i noszą  marynarki. Z ich powodu, będą powszechnie przezywani przez miejscowych Żydów „Jekke” (niem Jacke – marynarka).

Niektórzy, przytłoczeni ciężką pracą i upałami, po krótkim pobycie zdecydują na powrót do Europy. W Palestynie – jak mówili – było dla nich po prostu za gorąco i tęsknią za domem. Powracają jeszcze przed wybuchem wojny na Łotwę. Żadne z nich nie przeżyje.

W 1935 roku, gdy Kramerowie opuszczali swój dom, w łotewskiej Lipawie mieszkało 7 379 Żydów. Wojnę przeżyje w ukryciu zaledwie dwudziestu, trzydziestu. Brak jest dokładnych danych.

Nic nie pozostanie z dwóch synagog zbudowanych w ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku. Główna (chóralna) synagoga stała w zabytkowym centrum miasta, a druga – w jej nowej części. Żydzi do Lipawy przybywali z Rosji, Polski i Litwy. Żyli tu lata całe nielegalnie. Działo się tak po części dlatego, że port w Lipawie był jednym z największych europejskich portów tranzytowych dla żydowskich emigrantów. W okresie między rokiem 1906, a 1910 właśnie z tego miejsca Imperium Rosyjskie opuściło ponad 100 000 osób.

1941

Los społeczności żydowskiej przypieczętowały dwa zdarzenia.

Dekret Stalina, wydany tuż przed wybuchem wojny 14 czerwca 1941 r., zaprowadził 181 Żydów lipawskich, w większości niemieckojęzycznych,  na Syberię. Większość nie przeżyła.

Gdy pod koniec czerwca 1941 r. do Lipawy wkroczyły wojska Wehrmachtu, w mieście nadal było około 7 000 Żydów. Także ci z terenów podmiejskich zostali przetransportowani do Lipawy. W pierwszych dniach po wkroczeniu nazistów w centrum miasta zastrzelono 33 Żydów.

8 i 9 lipca 1941 r. setki żydowskich mężczyzn zostało przetransportowanych z miejscowego więzienia nad morze i tam (na południe od miejscowej latarni morskiej) zostali wymordowani przez plutony egzekucyjne. Pod koniec lipca 1941 r. doszło do masowych egzekucji przeprowadzonych przez Niemców i jednostki paramilitarne Łotyszy w znajdującej się na północ od Lipawy, Skede. W okresie między 15, a 17 grudnia 1941 r. zamordowano 2 773 Żydów.

Był to koniec istnienia społeczności żydowskiej w Lipawie i śmierć wszystkich krewnych Hannah Kramer.

Zdjęcie klasowe i smak bałtyckich szprotek

Tego wszystkiego nie dowiaduję się jednak w Jokne’am. Sięgam do źródeł, sprawdzam. Wszystko dlatego, że gdy jestem już w domu 91-letniej Hannah Hirsch, z domuKramer, pokazuje mi pewne zdjęcie, a może to ja widząc je na ścianie pytam, co przedstawia? Pytanie jest nieco oczywiste, to co widać na fotografii mówi już wiele.

To zbiorowy portret szkolny. Więcej niż liczna gromadka dzieci (jest ich blisko, a może więcej niż 100) otacza dorosłych.  To nauczyciele. Hannah Hirsch pomaga mi w odnalezieniu jej na fotografii. Mama Hannah, Deborah Kramer specjalnie na tę okazję uszyła jej jedwabną sukienkę. „Przyjście do szkoły fotografa to było wielkie święto”- mówi. Po czym dodaje. „Poza mną, nikt z tej fotografii nie przeżył…” „Tylu nas było i nikt poza mną”.

Szkolne zdjęcie z Lipawy, ok. 1933 Hannah Kramer - Hirsch (detal)

Stawianie kropki nad i

Rozmawiamy, czasami przechodzimy na niemiecki. Język ważny, dzisiaj wywołuje wzruszenie, ale po wszystkich tych latach, został wyparty i nieco zapomniany. Gdy na stół w kuchni jako prezent trafiają wędzone szprotki z Rygi kupione w delikatesach w Tel Awiwie (nie ja je przywiozłem), powracają na moment wspomnienia z Łotwy, z początków życia w Izraelu, trudu wychowywania czwórki dzieci, jakie miał Samuel (Franz) Hirsch i Hannah Hirsch z domu Kramer mieli w Jokne’am. Dla mojej opowieści najważniejsza pozostanie Michal. To ona we wrześniu 2016 roku odwiedziła Bytom i wraz z mężem Haim Noy, uczestniczyła w prezentacji kipy Samuela Hirscha. Ona też przywozi mnie do Jokne’am i oboje wiemy, że było to konieczne by historia  kipy z Bytomia zatoczyła swój krąg i się domknęła…

Hannah Hirsch (d. Kramer) przed swoim domem wraz z córkami Michal i Gila, Jokneam 2017

Obok pokoju, w którym się spotykamy, ostatnie tygodnie życia spędził Samuel Hirsch. Prowadzony przez Michal, bardzo dyskretnie spoza progu rzucam okiem na przyciemnione wnętrze. Niewiele się od tego czasu zmieniło.

Na ścianach zdjęcia. Niemal vis a vis łóżka Samuela Hirscha wisi fotografia jego dziadka i ojca Martina Hirscha. Tego, który znalazł kipę na zgliszczach bytomskiej synagogi.

Jesienny Świerklaniec. Esej fotograficzny

Gdy wychodziłem z parku, myślałem o liściu na korze drzewa. Kurczowo do niej przylegał. Jakby walczył – wbrew wszystkiemu poczynając od sił grawitacji –  z tym co nieuchronne. Tkwił tam zapewne przez kolejne sekundy, może minuty. Na moim zdjęciu pozostanie na zawsze(?). I tylko tutaj jest to możliwe.

Jesień w Świerklańcu.

Zachwyty nad kolorem, światłem i tym, że każdy z owych kadrów jest inną opowieścią o miejscu, które po raz kolejny odwiedzam.

Utrwalanie (Liść) (Świerklaniec, jesień 2016)

Linia (Świerklaniec, 2016) Plama (Świerklaniec, 2016)

Ławka (Świerklaniec)

Kadr (Świerklaniec) Jesień w Świerklańcu

 Ślązaczka (dom Kawalera)

Zbliżenie (Świerklaniec) Światło (Świerklaniec)

Kamień (Świerklaniec) Animal (ŚWierklaniec, fragment dekoracji mauzoleum)

Wspomnienie (w tle Dom Kawalera)

Krążę

Krążę po Kazimierzu. Nie poznaję miasta, które znam?

Ratuje mnie mapa, na którą trafiam na ulicy Nowej.  To niemal taki sam obraz zagubienia i braku orientacji jak ten, którego doświadczam.

Jak zawsze tak i teraz łapie się na tym, że i na tej mapie szukam odnośnika do Śląska. Do mojego miejsca.

Jest Gogolin. Nie powiem bym odczuł jakąś ulgę, ale pojawia się delikatne poczucie zakotwiczenia. G. znam i nie znam.

W pamięci pozostaje jakaś krótka wizyta w tym mieście, gdy pociągi miały kolor khaki. Jest i pozostanie dla mnie przede wszystkim drogowskazem przy A4 i zjazdem, z którego nie korzystam.

G. – miejsce z piosenki zużytej do granic możliwości i historii, jak ta z losów kampanii Market Garden. Jeden most za daleko zmienia wszystko i bywa krokiem nieodwracalnym.

Crystoleum z pobliskiego antykwariatu przy Meiselsa 4.

Fotografia ‘Schloss W’. osadza mnie w kontekście tego, gdzie jestem. Środkowa Europa. Kraków, Berlin. Uzupełnione masą perłową, zdjęcie przypomina mi podobne kupowane przez pielgrzymów na Górze św. Anny.

Uspokojenie.

Mapa (Kazimierz, Kraków 2016, fot. L. Jodliński)

 

Historia bez tytułu, początku i końca (12). Spotkanie we Wrocławiu

Jest rok 1917? A może już 1918. Trwa wojna, a to jest ważne zdjęcie.

Martin Hirsch stoi na nim po lewej stronie. Obok niego inny podoficer Helmuth Bloch. Pochodził z Mühlbach z Alzacji. Musiał mieć dla Martina znaczenie, bo to jego nazwisko odręcznie pojawia się obok fotografii. I z nim robi sobie zdjęcie.

Oficerska czapka Helmutha (ujednolicony wzór z 1917 roku) pozwala na dosyć dokładne ustalenie tego, kiedy obydwaj panowie stanęli przez obiektywem. Format pocztówkowy, na którym wykonano odbitkę tylko potwierdza datowanie. Niestety, dalej już nie zagłębię się  w materię zdjęcia. Nie znam się na umundurowaniu wojsk niemieckich z czasu pierwszej wojny światowej.

Impas. Czekam na opinie eksperta. Tik tak, tik tak.

Oczekiwania się opłaca. Pierwotnie nie chciałem zajmować się przeszłością Martina Hirscha i tego co robił podczas I wojny światowej. Czułem jednak, że jego zwolnienie z KZ Buchenwald po trzech tygodniach, a potem tak późny wyjazd z Niemiec, musiał mieś jakiś związek z jego wcześniejszym życiorysem.

Dostaję wytęsknionego maila, z którego dowiaduję się, że obywaj panowie na zdjęciu ubrani są w mundury „podoficerów piechoty 51 regimentu stacjonującego w Breslau…”. Biały otok na pagonie munduru Hirscha i  numer 51 potwierdzają jednoznaczną opinię. Ratuje mi cenny czas na dociekanie niemożliwego, bo nie widzę na pagonie nic więcej poza zarysem „czegoś”. Na szczęście nie o moje  widzenie tutaj chodzi.

Tym rozpoznaniem nie powinienem być aż tak zaskoczony. Kolejny fragment układanki pasuje do całości. No, przynajmniej zyskuje na prawdopodobieństwie.

Przeglądam stare zdjęcia Langegasse (ul. Długa), przy którym w 1872 roku, w rok po pysznym zwycięstwie nad Francją powstały nowe koszary dla 51 pułku piechoty (tzw. Westend-Kaserne). Potężne, boniowane ciosy kamienne licują trzy kondygnacje budynku wzniesionego w tzw. stylu urzędniczym lub neoromańskim. Masywne wieże na narożach są demonstracją siły i funkcji tego kompleksu. W trakcie Wojny Światowej koszary będą oficjalnie siedzibą 51 pułku piechoty (4. dolnośląskiego) wchodzącego w skład VI Korpusu Armii.

Gdy Rachel Jacobson przybywa do Wrocławia, Martin Hirsch jest już w wojsku od co najmniej ośmiu lub nawet dziewięciu lat, bo tyle czasu spędził w niemieckim mundurze.

Patrzę na mapę miasta i sprawdzam, jak daleko jest z koszar na Uniwersytet Wrocławski… to nieco ponad dwa kilometry. Dwadzieścia minut drogi… To nie jest odległość, która miałaby cokolwiek znaczyć.

Rachel, gdy Martin staje przed obiektywem aparatu w którymś z wrocławskich atelier i pręży swa podoficerską pierś do zdjęcia, wybiera się na studia medyczne. Zdaje niezbędne egzaminy i 3 października 1918 roku zostaje oficjalnie kandydatką na studia medyczne. Trwa jeszcze Cesarstwo Niemiec. Jeszcze, więc to w imieniu Wilhelma II władze uczelni potwierdzają jej status kandydatki na medycynę.  Pomimo zawieruchy wojennej i w istocie końca świata , który znała przed najmłodsza córką Jakuba Jacobsona z Lübau otwiera się wielka kariera.

Tak się jednak nie stanie. I znowu nie wiem dlaczego? Aranżowane małżeństwo? Czy wielka miłość? Rachel nie podejmuje studiów.

Zmiana polega jednak na tym, że tutaj na pograniczu dwóch światów i epok, wieku 19. i 20., schodzą się  światy osobiste Martina i Rachel.

Patrzę na pieczołowicie zachowany anons prasowy, z którego (przy innej okazji)  dowiadujemy się, że w maju 1919 roku oboje są już narzeczonymi… Myślę też, że matka Racheli była daleką krewna rodziny Hirsch.

Jedno jest pewne. To tutaj we Wrocławiu, oboje spotykają się. Rok później się pobierają. Gdzie? No właśnie, gdzie?

Dwa lata później, na świat przyjdzie Samuel Hirsch. To już ich drugi syn. Wciąż nie wiem, czy urodził się w Berlinie, jak chcą jedne źródła, czy w Bytomiu, nomen omen w kobiecej klinice dr Hirscha, zupełnie niespokrewnionego z rodziną…

To Samuel urodzony 27 listopada 1921 roku, wyśle do Bytomia, swojego „Boiten” list w 1994 roku, który nada bieg tej historii…

(cdn)

Martin Hirsch w mundurze 51.pułku piechoty, ok. 1917 (wszelkie prawa zastrzeżone)

Wrocławski rynek - wspomnienie (ok. 1890 r.)

Za duży surdut pana młodego

Max Steckel raz po raz wkracza w moje życie. Właściwie nie on, a jego fotografie.

Natknięcie się na jego zdjęcie to rodzaj miłej niespodzianki. Przypomnienie, że w życiu przypadek ma swoje miejsce i czas.

Gliwicki Turner

Steckel trochę przez przypadek stał się też fotografem Gliwic. Gleiwitz raczej, bo tak myślał i mówił o kolejnym  z górnośląskich miast, w którym osiadł rozbudowując swoje studio przy Wilhelmstrasse 4. Pewnie w upały takie jak dzisiaj kończył dzień w pobliskiej piwiarni Conrada Kisslinga.

Fotografował Gliwice znajdując rodzaj ukojenia w obrazach lekko nostalgicznych. Bogato operował światłocieniem, sięgał po nokturny. Wyraźnie chciał  pokazywać współczesnym świat, który miał za chwilę odejść w niepamięć. Zawieszony już wówczas między tradycją, a nowoczesnością. Rutyną dnia i nieuchronną perspektywą jej odmiany.

Zdjęcie gliwickiego portu na kanale kłodnickim, przypomina mi w sferze nastroju i drzemiącej w nim emocji, płótna W. Turnera, gdy ten rejestrował ostatnie chwile  żaglowca Temeraire i odchodzenie w przeszłość pewnej epoki.

Snujące się nad wodą dymy z kominów statków, nieostra panorama miasta. Przeciwstawienie nabrzeża poprzecinanego liniami szyn kolejowych powierzchni wody i gładkich odbić na jej powierzchni. Wszystko to składa się na malarski, intymny wręcz obraz miasta i miejsca, o którym Steckel wiedział, że wkrótce przestanie istnieć…

Max Steckel, Gliwicki port (po 1936) / Max Steckel, Hafen am Klodnitzkanal (nach 1936)

Za duży surdut pana młodego

Kilka miesięcy temu wpadło w moje ręce zdjęcie z czasów, gdy swoje atelier fotograficzne Steckel miał w Katowicach i Lipinach.

Pozornie typowe. A jednak ciekawe.

Patrzę z zainteresowaniem na strój nowożeńców. Coś mi nie daje spokoju. Nie wiem czy suknia panny młodej była wypożyczana. Na niej leży jeszcze dość dobrze. To co zwraca uwagę to garnitur pana młodego. Jego surdut. Za duży. Za długi. Kolosalny. Beznadziejnie gubi się w nim jego szczupła i wysoka postać. Nogawki spodni też jakby szyte dla kogoś innego.

Steckel wobec tego faktu i w ogóle zachowania się pary młodej wydaje się jedynie niemym obserwatorem. Pozwala nam zobaczyć i zapisuje na kliszy dwoje nieco wystraszonych ludzi. Nie angażuje się. Utrwali tę niezręczność i ich brak wprawy w pozowaniu.

Symbolem tego zdjęcia pozostaną dla mnie twarze wpatrzone w obiektyw aparatu. To dzięki nim powracam do tego kadru. Reszta chyba nie ma znaczenia. Poza twarzami i lekko wycofanymi sylwetkami młodożeńców, wszystko inne jest jak to tło w zakładzie fotograficznym. Umowne. Powierzchowne w dosłownym znaczeniu tego słowa. Wzięte z innego świata.

Max Steckel, Para młoda (1)

Fotograf książęcy

Na kolejnym, pochodzącym z chorzowskiego atelier Steckla, spod współczesnego brudu i wyblakłej sepii wyłania się zupełnie inna para młodożeńców. Mocno odcinająca się od poprzedniej.

Są świadomi tego, że to zdarzenie w ich życiu, do którego –  dzięki właśnie fotografii – będą często powracać.

Patrzą więc śmiało w unieśmiertelniające oko aparatu, a stroje są ich. Panują nad sytuacją. Zapewne pochlebia im fakt, że zdjęcia wykonuje fotograf książęcy na dworze Hohenlohe-Oehringen, jak z dumą wypisuje na kartonikach Max Steckel, umieszczając na rewersach zdjęć długą listę honorowych odznaczeń i nagród, które u schyłku 19. wieku obfitym strumieniem spłynęły na Steckla. Książęcy splendor, którego stają się częścią? Magia fotografii…

Rozglądam się już za kolejnymi fotografiami Steckla. Gdzieś tam są i czekają…

[2 lipca 2016]

Max Steckel, Para młoda (2) / Brautpaar (2)

Ogrody Cwajki

To nie pierwsza moja wizyta. Trochę wciąż tak samo. A może nawet gorzej. W Słońcu widać lepiej? I to znaczy, że   rzeczy gorzej się mają?

Te same zapachy. Odór  moczu docierajacy do nozdrzy, brud i psie kupy, bo w sumie i o trawnik tutaj trudno. Brudno. Miejsce porzucone, choć wciąż sie tutaj mieszka.

Bramy wjazdowe przycięte do rozmiarów drzwi „Made in China”. Brak tynku na ścianach i cegła skruszała.

Domy z zaślepionymi oknami, wyglądają jak okaleczone.

Cudza pamięć i znajomość topografii miejsca nie (zawsze) pomaga w zrozumieniu i uspokojeniu emocji.

„Lombardi” za rogiem kolejnej ulicy. Z „włoska” brzmiąca nazwa, która łagodzi prawdę o tym, że ktoś tam kogoś oskubie z ostatnich groszy, tak do końca, do spodu. na Amen.

A jednak podniesienie głowy ku szczytom kamienic jest jak nadzieja, która powraca w chwili rozpaczy.

Ogrody Zwajki. Zieleń, egzotyczne owoce i niesłyszalne trele kanarków…

[Esej fotograficzny, Chorzów, Cwajka, 24 wrzesień 2015 r.]

 

Ogrody Cwajki (1)

Słonecznik (Ogrody Cwajki)

Gaje pomarańczowe (Ogrody Cwajki)

Gaje cytrynowe (Orody Cwajki)

Wiszące ogrody (Ogrody Cwajki, Chorzów)

Rajskie ptaki (Ogrody Cwajki)

 

Śląski Berlin

Wjechałem na stację metra Schlesisches Tor. Tym razem nie planowałem jechać dalej na wschód. To był cel mojej podróży na dziś.

Wysiadłem na malowniczej stacji metra, która oplata konstrukcję wiaduktu, przecinającego tę część miasta. Żeliwny wiadukt znika tu po chwili za horyzontem, biegnie ponad wodami Sprewy i zostaje tam, gdzie dawny Berlin Wschodni.

Świat na rozdrożu Skalitzer, Köpenicker i Schlesische Strasse. Dzisiaj zyskująca na atrakcyjności dzielnica. Taki londyński Notting Hill, czy nowojorska Greenwich Village.

Berliński Śląsk to fragment dzielnicy Kreuzberg najbardziej wysunięty na Wschód, od którego do niedawna wszystko go dzieliło. Beton muru, koryto sinawo-błękitnej Sprewy. Zawsze był na peryferiach tamtego, nieistniejącego już Berlina Zachodniego. Trochę jak Śląsk prawdziwy – na końcu świata, na peryferiach państw, do których należał i świata, który niekoniecznie wiedział o jego istnieniu.

Topografia miejsca czytana literalnie sugerowałaby jednoznacznie, że trafiliśmy w samo serce Śląska, gdzieś w morzu berlińskiej metropolii. Do takiego śląskiego „China Town”,  gdzie nostalgia za utraconą, bądź pozostawioną domowiną skłania emigrantów do zakładania restauracji z etniczną kuchnią, jest impulsem do nadawania ulicom nazw miejsc dalekich i będących przypomnieniem domu. Nic bardziej mylnego.

Na ulicy słychać jednak tylko niemiecki i turecki, często angielski, czasami perski, rosyjski, serbski. Na skrawku ziemi zamkniętym między Schlesischer Strasse, a Görlitzer Strasse nie usłyszymy z pewnością godki, a przeciętny mieszkaniec nie ma pojęcia czym jest Oppelner czy Ratibor Strasse poza tym, że jest nazwą ulicy.

Sercem dzielnicy jest (jak wszędziew Berlinie) jest Kietz. To ważne słowo. To coś jak opis miejsca najważniejszego poza własnym domem. Tutaj to skrzyżowanie Oppelner StrasseWrangler Strasse. Wszyscy się tu znają, samochody zwalniają do bezpiecznej prędkości 10 km na godzinę. Gdy niedawno chciano zamknąć turecki sklep Bizim Bakkal, w którym ludzie od lat zaopatrują się w warzywa i owoce, ponad 600 mieszkańców zorganizowało happening na ulicy przed sklepem. Urządzili wielki piknik. Protest ten od tamtego czasu powtarzają w każdą środę. Właściciel budynku już wie, że nie będzie łatwo, ale jeszcze nie zmienił zdania i sklep jest nadal na wypowiedzeniu. Ludzie też się nie poddają. To ich kawałek podłogi i nie chcą tu deweloperów zabijających ich poczucie wspólnoty i więzi istniejących od pokoleń.

Kto mieszka na Kietzu czuje się w każdym miejscu jak u siebie. Gdy idę ze znajomym z prawa i lewa słyszymy pozdrowienia. „Dzień dobry” lub pytania o pogodę i o mnie idącego obok…

W centrum dzielnicy jest Görlitzer Park. Kawałek zieleni, nieco drzew. Kiedyś biegła tędy droga kolejowa. Prowadziła najkrótszą drogą na Śląsk, tak mówią ci najstarsi w dzielnicy. Teraz dominują w parku imigranci z Afryki. Nie mają pracy, poszukują okazji do zarobku. Podobno narkotyki są najpewniejszym sposobem na przeżycie i utratę życia.

W podwórkach odnaleźć można ogrody prowadzone przez wspólnoty mieszkańców, kluby środowiskowe, miejsca gdzie za niewielkie pieniądze można zdobyć kwalifikacje. Te najbardziej przydatne. Nieco hippisowskie klimaty ucywilizowane przez dekady, które upłynęły od lat sześćdziesiątych. Wspólnoty anarchistów, socjalistów. W klubie Babylonia można nauczyć się języka niemieckiego lub innego, a w Ratibor Theater, tego jak zagrać w Operze za trzy grosze… 

Graffiti pokrywają większość murów domów. Bywają te powstałe z dnia na dzień i te, nad którymi pracowano długo i mozolnie. Pstrokate elewacje śląskiej dzielnicy. Kolorowe, jaskrawe i odrealnione.

Gdy pytam o Ślązaków, dowiaduję się, że są… wyłącznie wspomnieniem. Odległym. To pamięć czasów tuż po wojnie i nostalgia za innym Berlinem. Końca lat czterdziestych i pierwszych lat odbudowy.

Mój znajomy dobrze pamięta jak wiele rodzin śląskich wypełniało gwarem te same, choć dziś inne ulice. Dominowąły wielodzietne rodziny. Mężczyźni ciężko pracowali za marne grosze, pogodzeni ze statusem „obcych”. Zasilali miejscowy przemysł, pracowali w stoczni rzecznej i podejmowali się nagorzej płatnych zajęć. Część mieszkała w barakach.

Potem wyjechali. A Śląsk stał się tutaj wspomnieniem. I nazwami ulic, które współczesnym mieszkańcom nic lub niewiele już mówią…

Nazwa... Kolorowa ulica (okolice Schlesisches Tor)

Nazwy, wspomnienia, emocje (2) Nazwy, emocje, wspomnienia...

Najważniejszy jest Kietz

Do teatru wieczorem

Schody (jeden z budynków przy Oppelner Strasse) Dzielnica wciąż zaangażowana, aktywna

Poranna przejażdżka

Dawny most... wspomnienie

Babylonia.  Jezioro (ogrody Kreuzberga)

Dżungla

Be Kreuzgerisch!

Ulica