Sen o wolności. Zapiski z Sabaudii (10)

Czytam:

„(…) Sabaudia stała się motorem zjednoczenia Włoch. Władca z dynastii sabaudzkiej został pierwszym królem włoskim. Jednak w zamian za pomoc w zjednoczeniu Włoch, sama Sabaudia na mocy porozumienia z Plombières (1858 r.), popartego referendum wśród miejscowej ludności, została w 1860 r. włączona do Francji – w referendum nie przewidziano opcji pozostania niepodległą ani włączenia do sąsiedniej Szwajcarii, z którą Sabaudia utrzymywała zawsze bliskie stosunki.

Pojawiły się również głosy, że referendum zostało sfałszowane.(…)”

Hmm…

Sabaudia i jej historia niesie z sobą przestrogę. Wiedząc to łatwiej zrozumieć, co o tej sprawie (wciąż) myśli ulica…

Sabaudia, Sabaudia, Sabaudia (Restauracja w Annecy)

Sabaudia. Wydanie stołeczne (Chambéry, Stare miasto)

Wolna Sabaudia (Okolice Marceau, wlepki jakich setki można zobaczyć w Górnej Sabaudii, to zdjęcie zrobiono na przystanku autobusowym w okolicach Marceau)

Księżycowe zapatrzenie

Uległem, to oczywiste. Nie, nie idiotom palącym flagę, ignorantom nie wiedzącym co czynią.

Podobno takim należy wybaczać, ale co ja mam im wybaczać? Że nie wiedzą? Że są źli i w tym złym utwierdzają ich inni? Enough is enough, jak mawiają w preferowanym przez obecne elity Albionie (znowu ćwiczenie językowe dla tych lekko ociężałych). Niczego na podobnej nienawiści się nie zbuduje. To tak stara i sprawdzona prawda, że nie wymaga pogłębionego komentarza. Czas pokaże, że tak jest. Nawet niewierzącym w nic komunistów brak takiej wiary zmiótł z powierzchni ziemi.

Uległem też nie temu, że ktoś myśląc, że  robi ze mnie idiotę, dowodzi swojego uwiądu intelektualnego.

Uległem Księżycowi. Nie mogłem być tak blisko jak chciałem, ale na moment byłem razem z tymi wszystkimi, którzy na niego patrzyli, pozostawali w zapatrzeniu. Szukali na jego powierzchni śladów Neila Amstronga, marzeń i tęsknot ludzkości. Całkiem budująca wspólnota.

Ciekawsza niż ta, która pali i niszczy.

Księżyc 14 listopada. Zbliżenie

Księżyc 14 listopada 2016. Oddalenie

Tabliczki. Zapiski z Sabaudii (9)

Podróżując po południu Francji widywałem je głównie w małych miasteczkach i wioskach.

Odnajdywałem je w osadach, które osuwają się w coraz większy letarg. W tych brakowało albo siły albo pieniędzy, by stare żaluzje zamienić nowymi lub po prostu je wyrzucić. Sklepy były puste, zamknięte. Zaniedbane.

Może trochę inaczej było z tymi widzianymi na starym mieście w Annecy i Lyonie. Choć nieużywane wciąż dodają patyny winiarniom i sklepom prowadzonym od pokoleń przez te same rodziny…

Jak pewien sklep, który już  jakiś czas temu musiano zamknąć w Doussard, osadzie nad brzegiem Jeziora d’Annecy.

Szyby brudne. Na półkach  puszki. Stare, nowsze, wszystkie jednak liczyły już wiele lat.  Pokryte kurzem, spowite pajęczynami.

***

Tabliczki nie opowiadały wprost jakiejś historii. Przynajmniej ja byłem na nie głuchy. Coś zupełnie innego w stosunku do tych odnajdowanych na Śląsku.

Mimo to, stały się częścią moich wspomnień z Sabaudii.

Doussard Doussard (2)

Annecy

Lyon

Aix-le-Bains

Aix-le-Bains

Igła Południa. Zapiski z Sabaudii (8)

Alpy nie posiadają dla mnie takiego znaczenia, jak dla takiego na przykład Antoniego Malczewskiego, poety proto-romantycznego pierwszego dwudziestolecia 19. wieku. Malczewski w latach 1816–1821 zwiedził Szwajcarię, Włochy i Francję. Podczas tych podróży spotkał się też George’m Byronem. Sporo, by poczuć się spełnionym poetą-amatorem.

Moja postromantyczna, wymuszona edukacją i tradycją szkoły polskiej fascynacja światami romantyków, utknęła gdzieś-nigdzie na mitycznej Litwie, może w okolicach Lwowa.  Tam ulokowała tęsknoty, pragnienie poznania okopów św. Trójcy i wszystkiego tego, co było na końcu tej drogi. Tych dwadzieścia kilka lat temu tradycja tamtych kresów była mi zdecydowanie bliższa niż karkonoskie obrazy Caspara David Friedrich, czy postać i poezja Byrona czy Alpy właśnie.

Dopadła mnie ta myśl, gdy stałem u podnóża Południowej Igły (Aiguille du Midi, 3842 m.n.p.m.) przywieziony tutaj kolejką linową z Chamonix.

Pomyślałem o Antonim Malczewskim, nie z powodu owych tropów literackich (dopełnionych monologiem Kordiana J. Słowackiego na Dachu Europy), które łatwo znaleźć w okolicy i w naszej pamięci o literaturze polskiej. Nie, zero literatury (jaka ulga).

Pomyślałem o nim ponieważ był pierwszym z Polaków (i ósmym turystą na świecie), który wszedł na szczyt Mont Blanc (4 sierpnia 1818). Co więcej, 4 sierpnia 1818 stał się również pierwszym zdobywcą szczytu Aiguille du Midi. Dokonał tego wspólnie z Jean-Michelem Balmatem i 5 innymi przewodnikami.

Opis wyprawy zawarł w XIX tomie genewskiej Bibliotheque Universelle. Tekstu nie znam, tytuł cytuję z jego biogramu. Mam nadzieję jedynie, że nie brakowało mu fantazji i jak poprzednicy i jego następcy, na szczycie i w drodze na górę wychylił kolejne hausty wina białego lub czerwonego. Inny Polak Karol Hopppen, gdy zdobywał Białą Górę (Mont Blanc), miał ze sobą beczkę białego wina i… 18 butelek wina czerwonego. Standard wypraw w tym czasie, pragnę uspokoić zaniepokojonych (potencjalnym) opilstwem polskiego alpinisty. Tak się to robiło. Tak wyglądał tamten slow-alpinizm.

Gdy wychodzę z kabiny kolejki, która od wysokości 2309 m (stacji pośredniej), nie korzysta już z podpór, przenoszę się niemal natychmiast do przedsionka lodowców pokrywających okoliczne góry i stoki. Wokół doliny, szczyty gór i naturalnie majaczący w oddali masyw Mont Blanc (4810,45). Z przewodnika wyczytuję, że jest do niego tylko osiem kilometrów. Patrzę i  (dziwna rzecz w górach) mam wrażenie, że dzieli mnie od niego dużo więcej.

Turyści krążą po grotach i przejściach wydrążonych współcześnie w Igle. Dominują (jest po sezonie) Chińczycy. Co jakiś czas trafiam na podesty i tarasy widokowe. Mogę bezkarnie patrzeć na alpinistów. Hen w dolinie, na lodowcu. Pobyt przestaje mieć powab wyprawy „na chwilę” z biletem w ręku za 57 euro i gwarancją powrotu o np. 16.00.  Widzę namioty rozbite na lodowcu. Ktoś tam nocował? Zostanie na noc? Nieco dalej asekurowani, przypięci do liny idą alpiniści. Są nierealni i dalecy, choć dałbym słowo, że słyszę chrzęst ich raków na lodowej pokrywie i posuw gładzi nart na śniegu.

Wiem, że tutaj w Alpach Sabaudii, powyżej Chamonix ćwiczyła przed jedną ze swoich wypraw Wanda Rutkiewicz. Mieszkała kilka tygodni gdzieś kątem u życzliwych ludzi (relacja dolara do ówczesnego złotego nie dawał jej szans na komfortowe przemieszkiwanie w tym kurorcie) i chodziła w góry. Przemierzała masyw Mont Blanc. W latach 1973 -1975 bywał tutaj Jerzy Kukuczka. Na Igle, w jednej z witryn znajduję jego wypłowiałe zdjęcie upamiętniające tą okoliczność.

Nie zostawię tutaj po sobie innych śladów, jak te zdjęcia.

Robione bez kontroli. Zdradzają moją fascynację nie tyle górami, czy potrzebę ich zdobywania (tej nigdy nie miałem w takim procencie, by stanowiła istotną część mego życia; morze zawsze pozostanie mi bliższe).

Bezgranicznie ulegam ich urodzie, dramaturgii tego co widzę. Pierwotność obrazów jakie stwarzają, jakie tam odnajduje, jest w istocie nie do opisania. W miejsce słów i zdań kolejny spust migawki, i kolejny. I jeszcze jeden. Alpy bez słów.

Mnnt Blanc Masyw Mont Blanc

Faktura lodowca (Masyw Mont Pbanc, w drodze na Igłę Południa) Faktura lodowca. Opuszczona stacja

W drodze na szczyt. Stacja pośrednia (Plan de l'Aiguille)

Zmiana klimatu (Iglica Południowa, droga na jeden z tarasów widokowych) Alpy Sabaudzkie

Alpy. Masyw Mont Blanc (okolice Igły Południowej)

Wspinaczka (1) Wspinaczka (2)

Na szczycie (Wspinaczka 3)

Alpy  Szczyty (Alpy - impresja)

Na lodowcu (1) Na lodowcu (2)

Linie (1) (Na lodowcu 3)  Znaki i linie (Na lodowcu 4)

Igła Południowa Wspomnienie o (Igła Południowa)

Nad Kanałem Młynówki

Nie planowałem tego, że idąc wzdłuż Kanału Młynówki, dopadnie mnie niewidziany obraz Nocy Kryształowej. Zdominuje moje emocje, uczucia.

Nie wiedziałem zbyt wiele o przebiegu Nocy w Opolu.

Nie wiedziałem o tym, że by spalić synagogę,  nocą zawleczono pod nią rabina Hansa Hirschberga. W nocnej koszuli, nocą rozlewał mozolnie benzynę we wnętrzu synagogi i zmuszony przez nazistów, podpalił dom modlitwy.

Dzisiaj poza kamieniem z pamiątkową tablicą, jedynym widomy znakiem istnienia synagogi jest dawny dom dozorcy.

Życie nie stoi w miejscu. W środku jest restauracja. Zjesz tam dania kuchni włoskiej. Nic nie zakłóci spokoju biesiadujących.

Opole. 9 listopada 2016 r.

Most Groszowy, Opole

Most na Zamkowej, Opole

Kamień, Opole Płonąca Nowa Synagoga (Opole 9.11. 1938) (źródło: Wikipedia; domena publiczna)

Rzymskie wakacje (d. dom dozorcy synagogi)

Miniatura jako forma opisu świata. Zapiski z Sabaudii (7)

Zwykle omijam takie miejsca.

Uprzedzenie? Preferencja dla kultury i sztuki wysokiej? Obawa przed kiczem i estetycznym sponiewieraniem? Pewnie wszystkiego po trochu. „My ludzie muzeów…” itd.

Tak było z miejscowym Muzeum (cokolwiek to w tym kontekście znaczy) Miniatur i Kina (Musée Miniature & Cinema), na które zupełnie przypadkowo natknąłem się  spacerując po starym Lyonie. I które pewnie bym zlekceważył. Wpadłem na nie, przemykając się przez miejscowe tajemne przejścia między podwórzami i kamienicami domów (fr. Les traboules) i poszukując wejścia do kolejnego. „Błąd w sztuce” i na mojej drodze stanął numer 60 przy ulicy św. Jana  (rue Saint-Jean 60). Drzwi nie prowadziły tym razem do renesansowych i średniowiecznych zakamarków lyońskich kamienic, lecz do ułudy kina i światów wymyślonych, czyli owego muzeum właśnie.

Miniatury, tutaj tworzone przez Dan Ohlmanna (zajmującego się także zawodowo efektami specjalnymi w kinie), nie są czymś wyjątkowym, to jasne. Miniatura i miniatury jako ersatz doświadczania świata trafiły także i do naszych parków rozrywki, czyniąc z tego rodzaju prezentacji coś skrajnie banalnego i dobrze wpisującego się w plastikową metarzeczywistość tego, co dzięki zabiegowi pomniejszania jest nagle na wyciągniecie ręki. Proste? Do bólu.

Taki opis rzeczywistości przez cytowanie jej w pomniejszonej skali jest obecny w tradycji wielu europejskich kultur, by wspomnieć  o bliskich mi Holendrach i tamtejszych domkach dla lalek.

Dziedzictwo to (dowodzące, przy okazji że wbrew stereotypom domkami i ich lalkami zajmowali się głównie mężczyźni) zostało docenione i zachowane, o czym można się przekonać wędrując po salach ekspozycyjnych niderlandzkiego Rijksmuseum w Amsterdamie. Ilekroć je tam oglądam, widzę w nich – poza archetypicznym poszukiwaniem ideału domu i życia rodzinnego – bardzo protestanckie, miejscowe przeniesienie afirmacji życia codziennego ze sfery obyczajowości i religii właśnie, na grunt artystyczny i neutralny zarazem.  Cokolwiek zresztą o nich nie myśleć, współcześnie holenderskie domki dla lalek, to kreacje nie mniej istotne dla rekonstrukcji życia codziennego w Niderlandach, jak obrazy Małych Mistrzów. Są równie wiwisekcyjne  i realistyczne w opisie tego, co składało się na kulturę materialną Zjednoczonych Niderlandów…

Piszę o tym nie bez powodu, bo jak odnotowałem we wstępie, raczej z niechęcią odnoszę się do podobnych kreacji paramuzealnych, jak ta w Lyonie. Do wszystkich tych gabinetów i (wakacyjnych) izb tortur, wystaw zmumifikowanych wielorybów, potworów z Loch Ness, galerii figur woskowych i podobnych wystaw niosących w sobie potrzebę zaspokajania sensacji i niezwykłości. Mówiąc krótko – kiczu i muzealnopodobnych wrażeń (natychmiast czuje, pisząc te słowa, jak usta me wypełnia wspomnienie czekoladopodobnych wyrobów późnego PRL-u i tym bardziej odrzuca myśl o tych niby-muzach).

Mimo tego (jak widać) nagannego stosunku do muzeopodobnych miejsc, muszę i chcę odnieść się do tego co zobaczyłem w lyońskim muzeum Ohlmanna.

Po części robię to dlatego, że wiele się zmieniło w przestrzeni muzealnej w ciągu ostatnich dwóch dekad i bywają muzea, gdzie sens i istotę oryginału dawno zatracono. Powstało – także i w Polsce –  całkiem wiele takich, w których nie ma oryginałów, o czym niechętnie mówi się publiczności,  pozostawiać  ją w fikcji obcowania z niby-zabytkami. To makabryczna manipulacja.  W tym sensie, muzeum przy rue Saint Jean, nie jest od nich w niczym gorsze. Ba, chyba wolę, gdy wprost i nie kryjąc się z tym, w muzeach takich niczego się nie udaje, obiekt nie jest obiektem, a kreacją artystyczną. Jasna sytuacja.

Miniatury Ohlmanna (wszystkie w skali 1:12) to jak twierdzi sam ich autor, dzieła odwzorowujące kulisy realizacji filmowych, które porwały wyobraźnię autora, uwieczniły to, co w filmach często (będzie 3xN) nieuchwytne, nierejestrowane, niedocenione, bo jak wiemy doskonale (przykładem w tym zakresie wysiłki CSP w Katowicach) scenografia filmowa jest nietrwała i jej istnienie (w warstwie materialnej) skazane jest najczęściej na czas trwania zdjęć do filmu, po czym… znika. Bezpowrotnie.

W galerii Dana Ohlmanna (upierałbym się, że bardziej w galerii niż w muzeum, bo z  definiowaniem tego miejsca jako muzeum nadal mam problemy), rzeczywistość powiązana z filmem przeradza się w autentyczną fascynację. Jest kwestią co prawda starej, ale jednak rzemieślniczo (czym innym są wciąż akademie sztuk?) doskonałej umiejętności odwzorowywania rzeczywistości. Znamy to. Nie brzmi to jak awangarda, ale zdradza uznanie dla otwartej kategorii sztuki i kreacji.

W Lyonie pozostałem sobą i konsekwentnie do wnętrza tego muzeum nie wszedłem. To co zobaczyłem w jego  przedsionku  (twórcy muzeum doskonale wiedza czym jest współczesny marketing), było jednak naprawdę imponujące. W długim korytarzu wiodącym do muzeum, po obu stronach w ścianach umieszczono małe okienka (ok. 10×15 cm). Patrząc przez nie zanurzamy się w świecie wyobraźni stworzonym przez Ohlmanna.

Wszystkie kilkanaście dioram filmowych obejrzałem ze sporym uznaniem dla twórcy. Jeśli nawet oceniać prace Dana Ohlmanna jako jego osobiste postscriptum do miejscowego Muzeum Lumière i odniesienia się do historii kina, zrodzonego w Lyonie, to myślę że warto zmylić krok i na chwilę (lub dłuższy czas) wydłużyć spacer po lyońskich traboules o adres przy Jana 60.

Rozczarowanych zapraszam na miejscowe crêpes. Ukoją (za jedyne 2 euro plus dodatki) każdy ból, rozczarowania też…

Les Traboules (1) (Lyon, stare miasto) Zakamarki Lyonu (les Traboules)

Książki (fragm. instalacji biblioteka, Muzeum Miniatur i Kina, Lyon) Biblioteka (Muzeum Miniatur...)

 Gina Lollobrigida zaraz wróci... (Fragment instalacji ; Muzeum Mniatur i Kina, Lyon; tytuł własny) Ojciec chrzestny? Gabinet fryzjerski (Muzeum Miniatur...)

Nana? Pralnia (fragment instalacji, Muzeum Miniatur...) Pralnia Pralnia )detal; Muzeum Miniatur...)

Crepes - oczekiwanie (Lyon, październik 2016)

Zapachy (Crepes 2) Lyon, 2016 Nutella crepe czyli dużo radości za 2 euro)

Gdzieś w górach Sabaudii. Zapiski z Sabaudii (6)

Z perspektywy listopadowych, deszczowych dni które za oknem, wspomnienie wyprawy po Alpach Górnej Sabaudii coraz bardziej blaknie i traci kontury. Staje się bardziej emocją i wrażeniem niż dokładnym opisem. Żałuję tego, ale tym bardziej staram się utrwalić to, co pamięć jeszcze niesie. Sięgam po zdjęcia.

Droga (czy muszę dodawać, że kręta i wąska tak, że pytanie o to kto kogo zepchnie nie jest pytaniem retorycznym?), kończy się koło nieczynnej serowarni gdzieś na wysokości 900 m. n.p.m. Dalej jest dość szeroki trakt (głównie do transportu krów, gdy są wprowadzane i spędzane z hal górskich). Powoli, ale konsekwentnie wiedzie aż do Przełęczy Freu (Passage du Freu).

Wciąż obracam się za siebie, co nie wróży podróży dobrej, ani wygodnej. Chodzenie z głową odwróconą w tył, jest – jak i w życiu – zapowiedzią nieustannych powrotów do nieistniejącego i kolekcjonowaniem obrazów minionych. Stępia obserwację tego co tu i teraz. Mimo to tak właśnie robię, zaniedbując mijane, drewniane budynki dawnych gospodarstw i górskich szałasów, gardząc szczytami co wokół.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu widoku doliny Jeziora Annecy przysłoniętej chmurami. Obraz niezwykły. Dwóch światów.

Jeden to szczyty i pasma górskie Przedalpia Sabaudzkiego,  tkwiące ponad podstawą chmur zalegających nad Jeziorem Annecy. Drugi to świat utopiony we mgle i owych chmurach. Od czasu do czasu spod bieli i mlecznej osnowy zalegającej dolinę, widać zresztą, to co znajduje się tam w dole. Są więc dwa światy i my między, na granicy obu. Lubimy być na granicy.

Nasz przewodnik, zakochany w Alpach Sabaudii, bezceremonialnie odziera obraz z jego metaforycznego wymiaru. „Jesień się zbliża. Annecy się wychładza, paruje… Stąd to wszystko” – zauważa. B. wie co mówi. Patrzę na niego z lekkim wyrzutem i gdy B. staje na granicy grani pokazując kolejną dolinę, nie mogę uciec przed obrazami Caspara Davida Friedricha. Tymi z Karkonoszy. Obrazy te niemal natychmiast rozpadają się jak tafla szklana uderzona kamieniem. Prawie słyszę dźwięk opadających odłamków. Dzieje się tak z zupełnie prozaicznego powodu.  Jest zbyt jasno i zbyt pogodnie, by ulec obrazom Friedricha i skąpać się w jego brązach, wyblakłych fioletach i błękitach, rozmazanych bielach i jej siwych tonacjach i poświacie Księżyca. Jest zbyt pięknie, idyllicznie. Nic z romantycznego nastroju dolnośląskich Riesengebirge i tradycji wrocławskiej szkoły pejzażowej. Dam czuć podmuchy przemijania i refleksji o historii. Tutaj (na moje szczęście) słychać dzwonki krów, które jeszcze (kończy się sezon) popasują na okolicznych wzgórzach.

Na przełęczy Freu, a właściwie jakieś 100 metrów poniżej jej najwyższego punktu, pasą się leniwie  jeszcze krowy. Niewiele wyżej stoi, pozornie opuszczony dom pasterski i obora. Zamknięte, głuche, czekające już na sezon… zimowy.

Nieopodal górska kaplica poświęcona Matce Boskiej Nieustającej Opieki.

Sabaudia jest jednak, nawet w tym miejscu i z tego powodu, inna od reszty Francji, którą wcześniej znałem?

Droga / A way behind me (Górna Sabaudia, Francja) Podział / Division (Dolina Jeziora Annecy, Górna Sabaudia, Francja)

Dwa światy / Two Worlds (Lake d'Annecy; Jezioro Annecy, Francja-France)

Drogowskaz /Signpost (La Fatte, G. Sabaudia, Francja - France)

Pastwisko w chmurach (G. Sabaudia; okolice Col de Sur le Freu) Dzwonki i porykiwania (Passage du Freu, Savoie - Sabaudia, Francja)

Ślady / Signs (Col de Sur le Freu, Sabaudia, Francja) Dom / Hause (Col de Sur le Freu, Górna Sabaudia, Francja, France)

Znak / Sign (Passage du Freu, Górna Sabaudia, France)

Chapel / Kapliczka (poblize Col de Sur le Freu, G. Sabaudia)

Tam / There (Alpy Sabaudzkie, okolice J. Annecy, Francja

Widok doliny z rdzawym dachem / Valley with red roof (okolice Passage du Freu, Górna Sabaudia) Zużycie / Wear (droga do Passage du Freu, Sabaudia, Francja)

Przenikanie /Diffusion (Sabaudia, Francja)

Jezioro Annecy (Tam gdzie startują paralotniarze...)

Cieszyn po raz drugi

W Cieszynie jestem po długiej przerwie.

To niemal dwa lata. Wtedy był ciepły, mało zimowy grudzień. Wracałem z pracy w Opawie, a właściwie „zjeżdżałem” (jak mawiamy my emigranci) na święta do Polski.

Najpierw był mocno nijaki Czeski Cieszyn, a potem krótki spacer po śląskim kawałku Cieszyna. Ulica Głęboka, Rynek. Zbyt późno, by zdążyć na cieszyńską kanapkę śledziową.

Tym razem było inaczej.

Powodem, dla którego przyjechałem do Cieszyna, była oficjalna (ogólnopolska) inauguracja 500 lat Reformacji, do której doszło w Europejskim Mieście Reformacji, bo taki tytuł uzyskał Cieszyn na cały nadchodzący rok. 31 października był dniem dla wyboru takiej uroczystości oczywistym, bo dokładnie 31 października 1517 roku, dr Marcin Luter opublikował swoje 95 tez… Myślę, że większość z nas katolików nie zadała sobie trudu, by je przeczytać. Szkoda. Warto.

Do rozpoczęcia roku doszło w Kościele Jezusowym w Cieszynie, w Kościele Łaski, należałoby dodać, by tym bardziej podkreślić wyjątkowy charakter i miejsca, i nabożeństwa w tej świątyni. To jedyny taki kościół, który przetrwał do współczesności i zachował swoją pierwotną funkcję.

Kościół w Cieszynie był jednym z  sześciu na ówczesnym austriackim Śląsku (poza nim wybudowano je w Żaganiu, Kożuchowie, Jeleniej Górze, Kamiennej Górze i Miliczu), a jedynym na Górnym Śląsku, który wzniesiono po podpisaniu ugody altransztadzkiej przez cesarza Józefa I i szwedzkiego króla Karola XII w 1707 r.

W ramach tego pokoju i owej łaski panującego, pozwolono na budowanie ewangelikom „kościołów łaski”, w tej liczbie Kościoła Jezusowego w Cieszynie.  W latach 1709-1730 kościół cieszyński został ważnym ośrodkiem luterańskiego pietyzmu i odrywał niezmiernie ważną rolę w życiu religijnym ewangelików Śląska, Czech, Prus i Europy Środkowej.

To co uderza w świątyni, budowanej przez kolejne lata 18. wieku (kamień węgielny pod świątynię położono w 1710 roku), to dwa barokowe dzieła, autorstwa – pochodzącego z Moraw – rzeźbiarza  Josepha Prackera. Są nimi ołtarz (1767) i ambona (z 1782 roku). Dzieła o proweniencji i z ducha barokowe, przez co są czymś bardzo niezwykłym w protestanckiej świątyni, gdzie zdecydowanie (podobnie jak cała dyspozycja kościoła) stanowią widoczne cytaty zaczerpnięte z ówczesnej architektury kościołów katolickich i ich wystroju.

Powszechnie uważa się, że ten niezwykle ciekawy przypadek brał się z tego, że wspólnota pozbawiona przez lata prawa do własnej świątyni (a tak było w przypadku miejscowych ewangelików), po uzyskaniu go, nie była w stanie wprost i od razu wypracować własny, autonomiczny język stylowy świątyni. Sięgnęła więc, bardzo mocno puryfikując pierwowzory i ich bogate potrydenckie formy, po obce wzory adaptując je do własnych potrzeb. To bardzo rzadki, by nie powiedzieć jedyny taki przypadek na terenach Górnego Śląska, w obrębie budownictwa  ewangelickiego. Przypomina mi to (przy całej proporcji tego porównania) sytuację w architekturze świątynnej reformujących się i asymilujących Żydów europejskich. Ci ostatni w formach architektury mauretańskiej i neoromańskiej poszukiwali własnej drogi do tożsamości architektonicznej na przełomie 19. I 20 . wieku. Jedni i drudzy ostatecznie  stworzyli formy własne i autonomiczne.

Świątynia (mogąca pomieścić do 7. tysięcy ludzi) posiada wyśmienitą akustykę.

Mogłem się o tym przekonać wczoraj, gdy rozbrzmiały w nim głosy połączonych chórów z diecezji cieszyńskiej. Po plecach przeszły mi dreszcze, gdy rozbrzmiewały pieśni zboru i wyśpiewywano Imię Jezusa (ŚE 787).

***

Uroczystości obfitowały w słowa i adresy, których przytaczać nie chcę, bo w odniesieniu do niektórych czułem rodzaj zakłopotania, gdy w gronie osób wyliczanych przez mówiących jako wybitnych postaci pochodzących  z tego środowiska, zatrzymano się na generale Władysławie Andersie, pomijając zarówno jego współczesne ikony (Adama Małysza, czy obecnego na uroczystości prof. Jerzego Buzka), czy całkowicie i masowo ignorując śląskich ewangelików 19. i 20 wieku.  Będę może naiwny, ale mam nadzieję, że Rok Reformacji (w województwie śląskim) ten niski poziom świadomości odmieni…

Amen.

Kościół łaski w Cieszynie (31 października 2016 r.)

Nabożeństwo rocznicowe (fot. L. Jodliński, wszelkie prawa zastrzeż.) Zasłuchani (księża ewangeliccy w trakcie jubileuszowego nabożeństwa, Cieszyn, Kościół Łaski)

Przesłanie (Prymas Polski abp. W. Polak)

Jak Adolf Pieck pozostawił tu ślad i o kanapce śledziowej też

Adolf Pieck pozostawił ślad

Ulica Głęboka 11. Cieszyn. Do wejścia do sklepu z wędlinami zachęca mnie nie ich widok, ani perspektywa zakupu. Jestem przecież po kanapce śledziowej i przy niej i jej smaku pozostanę tym razem przez cały pobyt nad Olzą.

To coś co mnie pcha w stronę sklepu, to niemal kompletne, choć tu i owdzie nadgryzione zębem czasu oryginalne kafelki pokrywające sklep od podłogi po sufit. Próbuję nie koncentrować się na tym czego nie ma, ale na fakcie, że niemal zaraz koło wejścia widzę ten oto napis:

Pieck (1) Cieszyn, 2016

Niemal natychmiast uruchamia to moje wspomnienia z podobnych sklepów widzianych w Gliwicach przy Dworcowej czy  Bytomskiej. Dzisiaj z wszystkich znanych mi dawnych masarni ostała się ta jedna przy dawnej Wilhelmstrasse.  Postanawiam, nie pytając o to obsługę, zrobić zdjęcie. Mieć, utrwalić. Ocalić od zapomnienia.

Adolf Pieck…

Po długich poszukiwaniach wpada mi w ręce książka adresowa berlińskich przedsiębiorców (nie znajduję roku, ale jest to najprawdopodobniej druk z końca 19. i początku 20 wieku) i przynosi ku mojej radości reklamę firmy Pieck.

Jak możemy się z niej dowiedzieć Adolf Pieck, wówczas mieszkający już przy Potsdamerstrasse 122C w Berlinie, specjalizował się w wyposażaniu sklepów mięsnych w szklane lady, zapewniał wyposażenie do prowadzenia sklepów i masarni, pokrywał ich ściany mozaikami i kafelkami, no i wreszcie kładł na podłogach nowoczesne i funkcjonalne linoleum. Jak berlińska, a nie na przykład wiedeńska firma trafiła do Cieszyna? Nie wiem. Może ktoś znajdzie na to odpowiedz. Początek został zrobiony.

 Adolf Pieck (2) (Cieszyn, 2016)

Kanapka śledziowa

No jest świetna. Wreszcie to wiem. Jej smak wciąż gdzieś rozcieram na języku.

Jest masowo konsumowana przez cieszynian (to jednak ważne dla przybysza nieufnego wobec reklamy i szeptanego marketingu).

Dopadam ją przy Głębokiej 3. To dobry adres.

Na miejscu mała kolejka i zakupy po 6, 8. sztuk. To norma. Na wynos. Do tego dwie, trzy na miejscu.

Można bić rekordy w zjadaniu jednej. Pięć, sześć sekund?

*

Mam w oczach taką scenę (czasami wykonanie zdjęcia nie jest możliwe, bo przecież ma się ręce zajęte jedzeniem własnej kanapki!)

Jedna z ulic Cieszyna. Sklep Społem. Dość siermiężna estetyka szyldu.

Nad witryną napis Kanapki śledziowe.

W oknie poniżej, co metr, półtora, na krzesełkach siedzą osoby namiętnie zajadające się kanapkami. Jedną, potem drugą…

Wrócę.

Po kanapkę (i po zdjęcie też).

Avion

Wracam. Minęły te dwa lata.

Piję espresso.

Czytam z zadowoleniem, że kawę i co tam jeszcze,  podają w kawiarni uczniowie średniej szkoły gastronomicznej księcia Albrechta.

Myślę (nieśpiesznie dopijając swoją małą czarną), że Rosalie Wiesner, spodobałby się ten pomysł i to, co się tutaj dzieje…

Avion. Widok na (2016)

Żacy... (Avion, Cesky Tesin) Grand Avion

Tego dnia (31 października 2016 r.)

Śląski Pettus Bridge

[Poniższy tekst jest autorską wersją felietonu, jaki opublikował SILESION.PL  27 października 2016 r. To tekst, który lubię i pewnie dlatego trafia na mojego bloga, by po prostu pozostać tutaj dłużej. Odradzam jego lekturę tym, którzy wszelki symbolizm traktują dosłownie (tracą czas), a ruch wyzwolenia w USA, jako prostą metaforę dla losu Ślązaków. Podobnie rozczarowani poczują się ci wszyscy, którzy żywią się „krzywdą śląską” (cyt. za M. Smolorz). Tutaj jej nie odnajdą.]

Most Edmunda Pettusa w amerykańskiej miejscowości Selma przeszedł do najnowszej historii USA w związku ze zdarzeniami podczas tzw. Krwawej Niedzieli  7 marca 1965 roku.

Tego dnia stanowa policja zaatakowała czarnoskórych demonstrantów, aktywistów ruchu na rzecz równouprawnienia, okładając bezbronnych manifestantów gumowymi pałkami, wściekle atakując ich gazem łzawiącym. Wszystko dlatego, że w symbolicznym geście, jakim było przejście przez ów most i marsz do stolicy stanu Alabama, Montgomery, domagali się praw obywatelskich i mówiąc najkrócej, prawa do istnienia w przestrzeni publicznej, kulturowej i społecznej.

Pobici i ranni powtórzyli przejście przez most  dwukrotnie.

Za drugim razem, zawrócili w jego połowie. Martin Luther King, który stanął na czele pochodu musiał się gęsto  tłumaczyć z tego, dlaczego zwątpił. Dlaczego zawrócił. Powiedział, że nie chciał na nich sprowadzać cierpienia. Dodał też, że do  długiej wędrówki należy się lepiej przygotować.  Miał rację. Do Montgomery było ponad 87 kilometrów.

Za trzecim razem nikt ich już nie powstrzymał. Pośród wyzwisk, obelg  i skromnego wsparcia białych mieszkańców  Alabamy doszli do stolicy stanu.

Pięć miesięcy później, ci których nazywano pogardliwie  „czarnuchami” uzyskali pełnię praw wyborczych. Po 43 latach nikt przy zdrowych zmysłach i liczący na zrobienie kariery na Kapitolu nie miałby odwagi tak ich nazwać, a w Stanach Zjednoczonych wybrano  pierwszego, czarnoskórego, Afro-Amerykańskiego prezydenta – Baracka Obamę.

Most w Selmie stał się symbolem.

Marsz unieśmiertelnił tych, którzy podjęli ryzyko wejścia nań i nie ustali w drodze.  Niemożliwe stało się rzeczywistością.

Historia marszu  skazała na zapomnienie tych, którzy 7 marca 1965 roku zagrodzili drogę ludziom, którym odmawiali prawa do własnej tożsamości i podmiotowości. Stosunek pogardy musieli w najgorszym razie zastąpić stosunkiem akceptacji i zgody na obecność innego.

Niedawno odmówiono Ślązakom prawa do statusu mniejszości etnicznej. W dyskursie publicystycznym pytanie co dalej, roztrząsane jest  między historią, wywodami lingwistów, a opracowaniami statystycznymi. Nuży mnie to już, podobnie jak to, że w myśleniu o tożsamości odwołujemy  się wyłącznie do przeszłości. Taki bagaż refleksji jest nie do udźwignięcia. Będzie zawsze przytłaczać i ograniczać. Prowadzić na manowce definicji i sprawiać, ze z szaf będą wypadały kolejne trupy. Nie ma Ślązaka idealnego, nie ma (wbrew takiemu domniemaniu) idealnego Polaka.

Historia USA jest – jak mawiają jedni – zbyt krótka i z tego powodu nie niesie ze sobą nauki dla okrzepłych społeczeństw Europy. Śmiem polemizować z taką tezą.  To raczej historia, która pokazuje, że jak ci mówią, że jesteś nikim, że cię nie ma, nie ma twojej muzyki, języka i tradycji, to nie wierz takim głosom.  Mówiono to uczestnikom bostońskiej herbatki w 1773 roku, gdy budowali nowe społeczeństwo, a nawet ochotnikom Pierwszej Kadrowej, gdy opuszczali krakowskie Oleandry. Miej jak wszyscy oni, wiarę w siebie.

Pomyśl więc (Ślązaku) o przyszłości  i znajdź swój własny, osobisty most. I wejdź na niego i wybierz swoją drogę. Pokojowo jak ci w Selmie, gdy bojąc się i drżąc o życie znaleźli się  na Moście Edmunda Pettusa i stanęli naprzeciw uzbrojonym osiłkom z policji. I się nie ulękli.

Wejdź  wierząc w racje, które ucieleśniasz. Zrób to i powtórnie,  i kolejny raz. Tak długo, jak trzeba, aż znajdziesz się po drugiej stronie i będziesz wiedział, że dotarłeś do celu.

Most (Świerklaniec)