Mrużenie oczu…

Mamie

Ten film był i pozostanie we mnie. „Zmruż oczy”…. objawienie upalnego lata 2003 roku…

Film Andrzeja Jakimowskiego obejrzałem w nieczynnym już dzisiaj kinie „Świteź”w Łagowie.

Kino „Świteź”, było trochę jak to z mojego dzieciństwa, gdy wracam pamięcią do gliwickiego „Mikrusa”. Nie jestem jedynym, który je wspomina. Pamięć o tym miejscu dzielę z Peterem Lachmannem, który w tym kinie, w Gleiwitz, a nie Gliwicach, oglądał sam jeden filmy w dniu urodzin, gdy dziadek (do którego ów bioskop należał) fundował mu taką atrakcję…  Pewnie przy całej swojej siermiężności, było tym samym czym „Cinema Paradiso” w obrazie Giuseppe Tornatore, dla bohatera tamtej opowieści…

W jednym i drugim skrzypiały fotele, na tyle jednak wygodne, że nie przeszkadzały w oglądaniu tego co na ekranie.Panował gwar, wybuchały emocje…

W kinie w Łagowie w lipcu 2003 roku z kątów dolatywał zapach stęchlizny, a może była to tylko wilgoć niewietrzonego i powoli nieumierającego kina? Nie było to istotne. Zapadała ciemność i świat zmieniał się (wtedy i wówczas)  w oka mgnieniu w poza-świat jaki znałem.

Pewnie działo się tak dlatego, że – jak zauważał bohater filmu Tornatore – ‚Życie nie jest takie jak w kinie. Życie… jest dużo cięższe’

Pamiętam, że w łagowskim kinie film Jakimowskiego niemal je rozsadził. Temperaturą, wysłonecznieniem kadrów. Jakimś takim odjechanym zupełnie klimatem Polski, którą co prawda znałem, ale którą wreszcie ktoś pokazał na ekranie. Była za oknem, miała swoje odniesienia do tego, co znalem z opustoszałych PGR-ów środkowego wybrzeża. Świat zatopiony między Meksykiem, a Polską B, podlaskim Pełele dokładnie rzecz biorąc gdzie film też kręcono. Tam, gdzie wino Arizona właśnie, a pytanie o jutro gdzieś zawiesza się w upale drżącym od promieni słońca.

Łagów jest dla mnie miejscem szczególnym. Tam właśnie, zupełnie przypadkowo widziałem jeden jedyny raz Jana Himilsbacha i Zdzisława Maklakiewicza. Siedzieli na jakimś pomoście nad miejscowym jeziorem i sączyli coś z kubków. Himilsbach w kraciastej, czerwonej koszuli z flaneli. Maklakiewicz w jakiejś jasnej. Musiał to być czas festiwalu filmowego. Myśląc o tej scenie nie mogę nawet powiedzieć, że dosięgnął mnie i prześladował efekt Presley’a. Nie miałem aparatu fotograficznego, więc i zero rozterek. Mogłem tylko zapamiętać tą scenę i gdy o tym myślę, to coś z tego  niepozornego wspomnienia zostało.

Niebo, no i film „Zmruż oczy” powrócił do mnie, gdy rok temu dotarłem do podlaskiej Krasnogrudy na pograniczu światów, które są i które odchodzą w literackie utrwalanie i zapomnienie. Zachwycałem się wiatrem i nieboskłonem, od którego trudno oderwać wzrok. Jest ogromny i  wisi całym swym ciężarem nad ziemią.

Dzisiaj odbywając spacer, który stał się kilka lat temu moim osobistym rytuałem, trafiłem na dom, pół ruinę. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że zaraz rozlegnie się heksametr  ‚Odysei’, a ja się wzruszę, jak wówczas, gdy otwierając szeroko powieki patrzyłem na  ‚Zmruż oczy’ i nie potrafiłem przestać patrzeć…

Mrużenie oczu (1)

Mrużenie oczu (2)

Mrużenie oczu (3)

Moje zjadanie Essen (czyli wie ich Essen esse)

Essen…

To nie jest najbardziej urodziwe miejsce na świecie. Mimo to po raz kolejny znalazłem tutaj obrazy, które gotowe -czekały na mnie.

Mój kompakt kupiony na Placu Wacława w Pradze, „niemal do niczego i już zupełnie z innej epoki”, próbuje sobie radzić z moimi tęsknotami do uzyskania doskonałości kadru, wysycenia go światłem. Staram się zamieniać deficyty na stany zaspokojenia i posiadania…

Miasto wymarłych osiedli górniczych. Żyjące przeszłością zamienianą na towar pierwszej potrzeby. Powietrze nie przenikają sygnały górniczych dzwonków i wind opuszczających się w czeluść ziemi. Ku memu zaskoczeniu, niedzielny poranek rozbrzmiewa odgłosem dzwonów kościelnych. Biją mocno i równo. Zaskoczenie trwa.

Zastaję inny obraz Zollverein Essen.

Miejsce niepokojąco opustoszało. Niewielu zwiedzających. Kryzys? Zużycie nowego-starego? Miejsca układają się nastrojem i kolorem w dzieła Hoppera… Niemal słyszę sierpniowe cykady. Czy naprawdę to co umarło można ożywić? Mam wątpliwości widząc jak trawa i chwasty starannie zarastają to miejsce.

W drodze widzę w locie sterowca. To dziwne (a może nie?), że z nieba przychodzi ratunek. Odnajduję siebie i wracają wspomnienia.

Gliwickie lotnisko. Rok 1931, lipcowe popołudnie i ten moment, gdy nad głowami obecnych pojawił się Graf Zeppelin Z-127. Entuzjazm tłumu.

Cytaty (historyczne) bywają zbawienne. Odzyskuję poczucie zakorzenienia.

Ścigam sterowiec tak długo jak to możliwe. Przypomina mi się odlegle Tokio, gdzie w podobny sposób podążałem za tamtejszym sterowcem. Tamte zdjęcia. Nieostre, pośpieszne. Tokijska wizja Metropolis. Cygaro sterowca między drapaczami chmur (kto dzisiaj tak nazywa te korporacyjne wieże Babel i więzienia w jednym?)…

Trafiam na staw w parku w Borbeck.

Stoję oniemiały. Pochłaniam wzrokiem powierzchnię wody skrzącą się od kolorów i monetowskiej kompozycji. Cytaty, odniesienia. Kawałek po kawałku…

Ich esse Essen. Ocalam siebie.

[Essen, Essen-Borbeck, 6-9 sierpnia 2016 r.]

Było lodowisko (Zollverein Essen) Hothaus (Zollverein Essen)

Mist (mgła) (Zollverein Essen)

Hopper tu był... (Zollverein Essen)

Linie (2) (Essen) Linie (Essen Kettwig)

MM (Most Moneta) (Essen Borbeck)

MM (Motyw Moneta) (Essen Borbeck)

Zamek (Essen-Borbeck)

Zeppelin [2] (Essen) Zeppelin [1]

Zeppelin [3] (Essen)

Niebieski (Blue)

„Spodobała ci się żółta torba, to kup niebieską…” czytam (cytując mniej lub bardziej wiernie) pewien slogan reklamowy w IKEA.

Czy naprawdę ktoś nie myśli? A może to taka wielka metafora i próba definiowania naszych współczesnych wyborów – „w zastępstwie i obok”.

Myślę więc i  naiwnie (bo przecież „who cares”) odpowiadam Wielkiemu Nieobecnemu – „Nie kupię. Spodobała mi się  żółta, a nie niebieska”.

Moje wybory są moimi.

Kolory i odczuwanie też. I wykracza to poza potrzebę posiadania jutowej torby w kolorze blue.

Wybieram Yellow submarine.

bez tytułu

 

Historia bez tytułu, początku i końca (12). Spotkanie we Wrocławiu

Jest rok 1917? A może już 1918. Trwa wojna, a to jest ważne zdjęcie.

Martin Hirsch stoi na nim po lewej stronie. Obok niego inny podoficer Helmuth Bloch. Pochodził z Mühlbach z Alzacji. Musiał mieć dla Martina znaczenie, bo to jego nazwisko odręcznie pojawia się obok fotografii. I z nim robi sobie zdjęcie.

Oficerska czapka Helmutha (ujednolicony wzór z 1917 roku) pozwala na dosyć dokładne ustalenie tego, kiedy obydwaj panowie stanęli przez obiektywem. Format pocztówkowy, na którym wykonano odbitkę tylko potwierdza datowanie. Niestety, dalej już nie zagłębię się  w materię zdjęcia. Nie znam się na umundurowaniu wojsk niemieckich z czasu pierwszej wojny światowej.

Impas. Czekam na opinie eksperta. Tik tak, tik tak.

Oczekiwania się opłaca. Pierwotnie nie chciałem zajmować się przeszłością Martina Hirscha i tego co robił podczas I wojny światowej. Czułem jednak, że jego zwolnienie z KZ Buchenwald po trzech tygodniach, a potem tak późny wyjazd z Niemiec, musiał mieś jakiś związek z jego wcześniejszym życiorysem.

Dostaję wytęsknionego maila, z którego dowiaduję się, że obywaj panowie na zdjęciu ubrani są w mundury „podoficerów piechoty 51 regimentu stacjonującego w Breslau…”. Biały otok na pagonie munduru Hirscha i  numer 51 potwierdzają jednoznaczną opinię. Ratuje mi cenny czas na dociekanie niemożliwego, bo nie widzę na pagonie nic więcej poza zarysem „czegoś”. Na szczęście nie o moje  widzenie tutaj chodzi.

Tym rozpoznaniem nie powinienem być aż tak zaskoczony. Kolejny fragment układanki pasuje do całości. No, przynajmniej zyskuje na prawdopodobieństwie.

Przeglądam stare zdjęcia Langegasse (ul. Długa), przy którym w 1872 roku, w rok po pysznym zwycięstwie nad Francją powstały nowe koszary dla 51 pułku piechoty (tzw. Westend-Kaserne). Potężne, boniowane ciosy kamienne licują trzy kondygnacje budynku wzniesionego w tzw. stylu urzędniczym lub neoromańskim. Masywne wieże na narożach są demonstracją siły i funkcji tego kompleksu. W trakcie Wojny Światowej koszary będą oficjalnie siedzibą 51 pułku piechoty (4. dolnośląskiego) wchodzącego w skład VI Korpusu Armii.

Gdy Rachel Jacobson przybywa do Wrocławia, Martin Hirsch jest już w wojsku od co najmniej ośmiu lub nawet dziewięciu lat, bo tyle czasu spędził w niemieckim mundurze.

Patrzę na mapę miasta i sprawdzam, jak daleko jest z koszar na Uniwersytet Wrocławski… to nieco ponad dwa kilometry. Dwadzieścia minut drogi… To nie jest odległość, która miałaby cokolwiek znaczyć.

Rachel, gdy Martin staje przed obiektywem aparatu w którymś z wrocławskich atelier i pręży swa podoficerską pierś do zdjęcia, wybiera się na studia medyczne. Zdaje niezbędne egzaminy i 3 października 1918 roku zostaje oficjalnie kandydatką na studia medyczne. Trwa jeszcze Cesarstwo Niemiec. Jeszcze, więc to w imieniu Wilhelma II władze uczelni potwierdzają jej status kandydatki na medycynę.  Pomimo zawieruchy wojennej i w istocie końca świata , który znała przed najmłodsza córką Jakuba Jacobsona z Lübau otwiera się wielka kariera.

Tak się jednak nie stanie. I znowu nie wiem dlaczego? Aranżowane małżeństwo? Czy wielka miłość? Rachel nie podejmuje studiów.

Zmiana polega jednak na tym, że tutaj na pograniczu dwóch światów i epok, wieku 19. i 20., schodzą się  światy osobiste Martina i Rachel.

Patrzę na pieczołowicie zachowany anons prasowy, z którego (przy innej okazji)  dowiadujemy się, że w maju 1919 roku oboje są już narzeczonymi… Myślę też, że matka Racheli była daleką krewna rodziny Hirsch.

Jedno jest pewne. To tutaj we Wrocławiu, oboje spotykają się. Rok później się pobierają. Gdzie? No właśnie, gdzie?

Dwa lata później, na świat przyjdzie Samuel Hirsch. To już ich drugi syn. Wciąż nie wiem, czy urodził się w Berlinie, jak chcą jedne źródła, czy w Bytomiu, nomen omen w kobiecej klinice dr Hirscha, zupełnie niespokrewnionego z rodziną…

To Samuel urodzony 27 listopada 1921 roku, wyśle do Bytomia, swojego „Boiten” list w 1994 roku, który nada bieg tej historii…

(cdn)

Martin Hirsch w mundurze 51.pułku piechoty, ok. 1917 (wszelkie prawa zastrzeżone)

Wrocławski rynek - wspomnienie (ok. 1890 r.)

Historia bez tytułu, początku i końca (11). Matura

Budynek w czerwonej cegle. Trzypiętrowy. Nawiązuje, choć poorany ranami z II wojny, do modnego wówczas stylu niderlandzkiego.

Victoriaschule przy dawnej Holzgasse (ul. Kładki 24)… Pierwsza żeńska szkoła (Mädchenschule) w tym mieście. Wzniesiona pod koniec 19. wieku, dobrze wpisywała się w ceglaną estetykę miasta i klimat miast Hanzy. Gdańsk – krótki i odległy od Bytomia przystanek na trasie poszukiwań w tej opowieści.

Szkoła nie jest taka zupełnie anonimowa. Gości na kartach historii miasta. Tej oficjalnej, spisanej. I literackiej -przepełnionej emocjami.

Najpierw poświęcił jej kilka słów uwagi Artur Brausewetter w romansie  Und hätte der Liebe nicht z 1926 r. Obraz 1 września 1939 roku w tej szkole ożywił Bruno Zwarra w powieści Gdańszczanie (Die Danziger, 1976). To tragiczny opis zatrzymanych w jej salach Polaków i Żydów, których wprost ze szkoły wywieziono do pobliskiego obozu w Stutthofie.

Gedania, Danzig, Gdańsk…

Lubię to miasto i w sposób nieoczywisty tę jego część, gdzie znajduje się owa szkoła, choć jest nieco obok ścieżek wydeptywanych przez turystów.

Blisko stąd do dawnego klasztoru pofranciszkańskiego, który w latach 1870-1872 staraniem Rudolfa Freitaga, ucznia Bertela Thordvaldsena, zamieniono na miejskie muzeum.

Rudolf Freitag był Wrocławianinem. To niemal od razu stwarza tę niewidzialną wspólnotę i bliskość między nami, ale powodem dla którego odwiedzam dawne mury klasztoru (ilekroć jestem w Gdańsku) jest Sąd Ostateczny Hansa Memlinga…, a nie Freitag oczywiście.

Napisano o tym obrazie wiele, ale wciąż czeka na opowieść o tym ile i jak niezwykłych podróży odbył, by zawsze w finale powrócić do Gdańska.

Lecz i nie dla Memlinga  trafiam do Gdańska. Tym razem jestem tutaj dla Rachel Jacobson, która 21 marca (ta data jest pewna) w 1908 lub w 1909 w Gdańsku właśnie zdaje maturę uzyskując jako jedna z pierwszych kobiet w Prusach, prawo do studiowania na uniwersytecie…

To wszystko jest ponownie mocno niezwykłe. Nie pierwszy raz w tej historii. Jeśli jest to rok 1908 (a tego nie wykluczam) to byłaby to jedna z pierwszych maturzystek w Prusach, przed którą otwierała się  droga na niemieckie uniwersytety…  Dziewczęta zdawały wówczas egzamin między 16, a 18 rokiem życia. Rachel urodziła się w 1891 r. zatem możliwości nie jest zbyt wiele…

Dlaczego interesuję się tym faktem? Dopytuję się tym razem o losy urodzonej w odległej Saksonii, Rachel Jacobson?

Rech (Rachel) Jacobson przyjechała do Gdańska z Löbau, miejscowości niedaleko leżącej od Görlitz.

Dlaczego ona i jej rodzice nie wybrali dla niej Wrocławia jako miejsca nauki? Drezna? Nie wiem. Może wówczas nie oferowana tam była matura dla kobiet? Nie będę tego sprawdzał, nie tym razem. W sumie nawet mnie cieszy ta jej wyprawa nad Bałtyk i moja perspektywa poczucia w nozdrzach zapachu morza (tu i teraz), smagnięcia wiatru, czy spaceru ulicą Mariacką, którą zdecydowanie wolę od Długiego Targu…

Löbau, gdy mieszkał tam jej ociec Jacob Jacobson (co sugeruje niemal ze stuprocentową pewnością, że syn Jakuba, wywodził się od Jakuba, a ten od poprzedniego), liczyło odpowiednio 747 (1890) i 705 (1900) Żydów. Niewielu z nich, jak myślę, miało tak szerokie i tak dalekosiężne plany w stosunku do swoich dzieci jak Jakub syn Jakuba. Rech (Rachel) Jacobson miała studiować i… jakkolwiek brzmiało to wówczas bulwersująco i rewolucyjnie, chciała studiować medycynę…

Gdańsk. Ponownie.

Przedzieram się przez informacje o pięciu, a potem w istocie jednej dużej i jednej małej ortodoksyjnej wspólnocie żydowskiej w tym mieście (zw. polską), zastanawiając się jak wyglądały lata spędzone w gdańskiej szkole przez Rachel. Na pewno bywała na Wyspie Spichrzy, gdzie mieszkało wielu gdańskich Żydów. Z pewnością mogła podziwiać niedawno otwartą synagogę w Gdańsku przy Reitbahnstrasse (ul. W. Bogusławskiego). Spoglądam na jej zdjęcie i myślę, że absolutnie dorównywała dziełom Berlina, Wrocławia, Pragi czy Wiednia. Mogła zachwycać.

Ale mogło się zdarzyć (a wiele na to wskazuje), że Rachel uczęszczała do ortodoksyjnej synagogi przy Mattenbuden (ul. Szopy) i właśnie na Wyspie Spichrzów zamieszkiwała pośród takich kupców, jak jej ojciec Jacobson… i w tych chwilach czuła się jak w rodzinnym Löbau.

Czy znała już wtedy Martina Hirscha? Nie sądzę.

Jego rodzinę? Nie wiem. Tego nie wykluczam.

To co pewne, to fakt, że w jej planach życiowych nie było wtedy miejsca na przenosiny na Górny Śląsk. Były marzenia o studiowaniu medycyny – i na to są dowody.

Historia… wydobywana z mroku zapomnienia. Słowa wywoływane z ciemni, jak obrazy… Historia bez początku…

(cdn)

Pamiątka matury (fragm. ogłoszenia prasowego; wszelkie prawa zastrzeżone)

Gdańsk, Ulica Mariacka (fot. 2009)

Historia bez tytułu, początku i końca (10). Fotografia

„Roland Barthes przewraca się w grobie ze zgrozy,

słysząc, jak MIT – wtórny system modelujący –

likwiduje pierwotny sens języka, czyli tej fotografii”

(zasłyszane, dziwnie pasujące)

Susan Sontag pisze o fotografiach, po których obejrzeniu się zmieniamy. Bezpowrotnie. Definitywnie. Tak jest w przypadku i tej historii. Staje się inna, a my z nią, gdy oglądamy postaci z jej kart.

To „oglądanie” jest zresztą pojęciem umownym. Lewczyński by się ucieszył. Nie lubiłem jego archeologii fotografii, bo miała cechy grzebania po intymnych szufladach osób bez imienia. Szufladach co prawda wyrzuconych na śmietnik, ale jednak. Tymczasem praktykuję coś na jej kształt, wczytując się w narrację zdjęcia. Tego i kolejnych. Odtwarzając relacje, sekwencje zdarzeń. Ale zdjęć nie wziąłem bez pytania, więc to chyba nie ta sytuacja… Ulga.

Fotografia (ta i inne) właśnie wylądowały w mojej skrzynce mailowej. Przywędrowały aż spod Tel Awiwu. Obrazy, które ucinają spekulacje. W ich miejsce pojawiają się fakty wciąż nieostre, ale jednak pokazują to co było, a nie to co być mogło.

Dzisiaj już wiem więcej. Historia zatem wypełnia się faktami. Daty, osoby. Pewniki.

Pamiętacie to moje krążenie wokół Nocy Kryształowej? Nie chciałem tego, ale w jakimś sensie musiałem, bo tam się ta historia zaczynała i kończyła (czego wciąż nie wiecie). To miała być taka klamra. Dziś wiem, że nic bardziej mylnego. Złudzenie pielgrzyma, który po dotarciu do celu wędrówki odkrywa, że to nie koniec, a początek właśnie.

Gdy nad listopadowym Bytomiem 1938 roku miast mgieł, unosiły się dymy płonących synagog, w tamtym Beuthen nie było już Samuela Franza Hirscha. Nozdrza drażnił gryzący dym palącej się, lakierowanej stolarki. Wznosiły się ku górze czarne dymy z pokryć dachów mykwy, ubojni i synagog.

Samuel nie poszedł do synagogi w piątkowe popołudnie 4 listopada jak wcześniej myślałem. Od ponad roku był w odległym Jokneam Moshavah  w Palestynie i jego życie całkowicie się zmieniło. Z ucznia gimnazjum stał się osadnikiem. Wgryzał się w ziemię, twardniał, spełniał (jak mówią jego bliscy) swój sen o nowym życiu… rolnika.

Szarzało i oddalało się jego Beuthen. Pisane późnej po hebrajsku jako „Boiten”, pogodzi wszystkie tradycje językowe miejsca. Naziści i to co stało się po 15 lipca 1937 roku, było wspomnieniem. Upiornym, żywym, nie dającym spać, ale jednak dalekim. Topografia zbrodni ma wpływ na intensywność odczuwania.

Cały czas nie wiem, czy wyjeżdżając z Bytomia wiedział, że opuszcza miasto na zawsze. Zostawił tu przecież swojego ojca Martina Hirscha, siostry Miriam i Biankę, starszego brata Josepha. Ten ostatni został w Bytomiu, bo miał jeszcze skończyć średnią szkołę i potem wyjechać… Planowanie w czasach zarazy… A jednak zdążyli.
Gdy Samuel stawał się synem rolnika, w Bytomiu był rok 1938. Nie było go zatem wśród tych, którzy patrzyli na unicestwienie świątyni. Także tej, w której śpiewał w chórze podczas nabożeństw.

Martin Hirsch też nie był tego dnia w pobliżu synagogi. O tym co się stało, dowiedział się z opowieści  jakie do domu przy Kattowitzerstrasse 24 przynieśli jego jego brat i siostra. O dantejskich scenach, o przerażeniu tym co zobaczyli i o tym, że najpierw zniszczona została synagoga reformowana, a potem ta należąca do ortodoksyjnych Żydów. Tak mało i tak wiele. Czy to jednak nie jest interesujące, tak obiektywnie i niejako obok tej historii, dowiedzieć się o tym w jakiej kolejności oba domy modlitw zniknęły z powierzchni ziemi? Historycy znają tę sekwencję? To coś nowego?

Dowiaduję się, że Noc Kryształowa stała się (nie tylko w tej rodzinie) wielopokoleniowym tabu. Nie mówiono o niej. Rozumiem to. To dość typowe, a jednak pytam siebie, dlaczego Martin Hirsch poszedł na zgliszcza obu synagog? Przypędzony na miejsce czy z własnej woli? Jałowe spekulacje. Bo przecież, gdyby tam nie poszedł nie byłoby listu jaki Samuel Hirsch wysłał w 1994 roku i dał początek tej opowieści… I nie wysłałby tego, co na miejscu znalazł jego ojciec Martin Hirsch.  Samuel wyraźnie napisał, że to co wysłał odnalezione zostało pośród zgliszczy synagogi… przez jego ojca Martina. Wierzę mu. Nie miał powodu, by kłamać.

Nikt nie wie, jak było. Irytuje mnie taka świadomość. Znowu czas na domysły i spekulacje.  Bywają niebezpieczne. Wymuszają nawracanie i krążenie.

Gdyby zastosować analogię do sytuacji w nieodległych Gleiwitz, już zapewne od 11 listopada śląc pisma i grożąc władze wymuszały na Żydach porządkowanie terenu synagogi i innych budynków gminy, które zniszczono podczas Nocy. W ślad za tym szły upomnienia od nadzoru budowlanego, policji i straży pożarnej. Wszystko w zgodzie z tamtym (bez)praw(i)em.

Nie zapomnę wrażenia jakie zrobiły na mnie oschłe wersy urzędniczej nowomowy, w których – jak w pismach gliwickiego gestapo – ludność żydowska była zobowiązywana do „natychmiastowego usuwania szkód i zniszczeń zagrażających mieszkańcom miasta”. W ślad za tym konstruowane były tabele i zestawienia  kosztów, jakie gmina żydowska miała uiścić z tytułu zabezpieczenia ruin i pogorzelisk.  Pewnie podobne rozkazy popłynęły z adresu przy Gustav-Freytagstrasse (ul. Oświęcimska) 11 – gdzie mieściło się bytomskie gestapo – do miejscowych Żydów i władz gminy…

Martin Hirsch poszedł tam, bo został zmuszony? A może (cofnijmy się do czasów Wojny Światowej, gdy stacjonował w Alzacji na froncie zachodnim) jego przeszłość wojskowa uchroniła go przed takim aktem pohańbienia. Lub było zupełnie inaczej. Poszedł tam, bo nie mógł tam nie być. Bo chciał być razem z tymi, którzy zostali. I pomimo opowieści rodzeństwa zobaczyć co zostało z synagog…

Obłęd zgadywania, przypuszczeń.

Tak czy inaczej, to coś co wysłał po blisko 60 latach, Samuel Hirsch, syn Martina do kiedyś rodzinnego Bytomia, pochodziło z miejsca, które w te dni jeszcze dymiło, śmierdziało swędem spalenizny. Tyle wiemy.

Teraz już wiecie, dlaczego ta historia tak zmaga się ze swoim początkiem, punktem zero.

Ale, ale. Historie przecież mają alternatywne początki. Niech będzie nim zatem zdjęcie Martina Hirscha. W końcu to on był wówczas w Bytomiu… i tak czy inaczej trafił na zgliszcza synagogi…

Martin Hirsch z córkami Bianka (l.) i Miriam (r.) (żródło: zdjęcie z albumu rodzinnego rodziny Hirsch; wszelkie prawa zastrzeżone)

Historia bez tytułu, początku i końca (9). Spacer

Historia, którą mam opowiedzieć powoli dobiega końca. Tak myślałem, ale dziś już wiem, że będzie jednak miała kilka puent i finałów.

Czekam na telefon z Izraela, który pewnie wiele wyjaśni. Wprowadzi też nowych bohaterów do tej historii.

Bohaterowie mojej opowieści wreszcie odzyskują  (z niepamięci) swoje twarze. Widziałem ich zdjęcia. Wreszcie.

Odczułem rodzaj nieskrywanej ulgi, że moja (w sensie opowieści) historia przybierze ludzki wymiar, że spoza miejsc, opisów, przedmiotów ujawni się twarz Martina Hirscha i jego syna Samuela. Są mi potrzebni. Także po to, bym i ja mógł w nią bezwarunkowo uwierzyć. Jak można opowiadać historię wątpiąc w czyjeś istnienie? Nie będąc tego pewnym, ścigając się z domysłami?

Odbywam spacer po Bytomiu. Raz jeszcze. Po miejscach związanych z tą historią.

To wciąż te same miejsca.

Patrzę na to co stanowi resztki murów posesji, na której wznosiły się budynki synagog, mykwy. Nieciągłości muru, jego wygląd jest metaforą tego miasta.

Mur (d.posesja synagogi)

Ponad nim wznosi się kamienica. Z jej okien i tego nie muszę już sobie wyobrażać oglądano pożar synagogi.

Okna, które widziały

W pobliżu placu, przy którym stała synagoga wciąż tkwią budynki straży pożarnej. Ta bliskość nie uchroniła synagogi od spalenia. Miała obrócić się w proch i w niwecz. Więc jej nie ma. A na murze remizy wciąż tkwi relief strażaka. Lekko heroizujący, syntetyczny. Jemu podobni stali 9 listopada 1938 roku na placu Wilhelma Fryderyka, patrząc nieczule na pożar i nieszczęście bytomskich Żydów.

Strażak (relief na budynku straży pożarnej, Bytom)

Inne miejsce jest niezwykłe i w jakimś stopniu metaforycznie pasuje do tej historii. To studnia dawnego hotelu Hamburger Hof. Brzydka, zapuszczona. I to drzewo. Jest. Trwa. Trudno uciec od elementarnej symboliki, gdy się ją nosi w sobie.

Nadzieja (Tył d. Hamburger Hof)

Na koniec ta cegła z wypisanym rokiem 1929.

Kamień węgielny budowanego wówczas w Bytomiu nowego muzeum. Dlaczego tutaj i teraz? Właściwie zdjęcia tego by nie było, gdyby nie fakt, że jedna z piękniejszych fotografii synagogi, jej dachu i wież, wykonana została z dachu nowego muzeum… dwa, trzy lata później. Więc to zdjęcie ma powód by tu być. By być początkiem własnej, odrębnej opowieści.

Może zresztą dowiem się wkrótce, czy Martin i Samuel lubili chodzić do muzeum… Martin – to już wiem – walczył podczas Wojny Światowej. Przeszłość miała dla niego znaczenie, podobnie jak wychowanie obywatelskie syna, więc może myśl o jego wizytach w Oberschlesisches Landesmuseum, nie jest już czymś więcej niż tylko literackim wymysłem…

Kamień węgielny

Zdjęcia. Wkrótce kolejne… słowa w tej opowieści…

Historia bez tytułu, początku i końca (8). List

Napisano go tysiące kilometrów od Bytomia.

Krążąc po północnej mapie Izraela odnalazłem miejscowość, która pojawia się w kartce papieru. Papier jest mocny, dobrej jakości.  Słowa ze stanowczością wybite na maszynie do pisania. Pod nim podpis. To główna postać tej historii.

Osada, z której go wysłano leży na zielonych, południowo-wschodnich stokach Góry Karmel (pol. Winnica Boga). Nazwa pasuje mi do tego co jest moim wspomnieniem Palestyny i Ziemi Świętej. Niemal każde miejsce jest tam naznaczone, słowa mają swoją moc, a ziemia mikro i makro opowieści.

Osada nazywa się Yokneam Moshavah. Leży stosunkowo niedaleko śródziemnomorskiej Hajfy. Dzisiaj liczy około 1 300 mieszkańców.

Założona została w 1935 roku przez żydowskich imigrantów z Europy Środkowej. Spełniali tu swoje marzenia o własnym państwie i nowym, bezpiecznym domu. Ta ostatnia potrzeba dla wielu uciekinierów z Europy musiała być czymś najważniejszym, podstawowym.

Oglądam archiwalne zdjęcia z pierwszych lat osadnictwa. Na szczęście ktoś zebrał je razem i umieścił na You Tube.

Na zdjęciach oglądam proste, wręcz prymitywne domki. Trochę miejscowe, a trochę przypominające te pozostawione w Europie.

Zaorane stoki, sadzone drzewa oliwne i pomarańczowe. Zbierane pierwsze plony. Ciężka praca pierwszych osadników. Nauka nowych zawodów i porzucanie starych, które w warunkach budowania wszystkiego od podstaw stawały się nagle anachroniczne i zupełnie nieprzydatne.

Port w Hajfie był zapewne tym, do którego przybyła rodzina Martina Hirscha, Żyda bytomskiego. Właściciela sklepu z tytoniem, papierosami i cygarami. Ostatni adres sklepu jaki odnajduję to – wedle książki adresowej z 1937 roku – Kattowitzer Strasse 24.

Z pewnym niepokojem i podekscytowaniem wybieram się pod ten adres. Dom wciąż stoi jak stał, a na parterze jak kiedyś wciąż jest sklep. Teraz spożywczo-monopolowy. Z zachowanym, typowym narożnym wejściem. W nie najgorszym stanie.

Wraz z Martinem Hirschem do Palestyny przyjechała jego rodzina.

Żona Rachel Hirsch i syn Samuel. Mimowolny bohater tej opowieści. To właśnie jego podpis znajduje się na końcu listu. Nieco nieporadny, a może po prostu zdradzający jego sędziwy wiek.  To Samuel urodził się 27 listopada 1921 roku w Berlinie. Pamiętacie?

List nie jest długi, ale nie to jest w nim istotne. Ważą zdania wypisane na maszynie. Każde jedno jest jak otwieranie drzwi do przeszłości, choć wydawało się, że ta jest już znana i pewna.  A teraz zatacza coraz szersze kręgi…

(cdn)

Narożny sklep Martina Hirscha (kiedyś Kattowitzer Strasse 24)

Jokneam Moshavah (1936; stopklatka z You Tube)

Historia bez tytułu, początku i końca (7). Archiwum Herpera

Przeglądam archiwalia po Erwinie Herperze, dyrygencie Orkiestry Górnośląskiej (Oberschlesischer Orchesterring) w Bytomiu. Obfita korespondencja z  Żydowskim Związkiem Kulturalnym Górnego Śląska (Juedischer Kulturbund Oberschlesien).  Niestety, jedynie jakieś ułamki z tego, czym było muzyczne życie górnośląskich Żydów.  Jeszcze mniej informacji na temat chóru synagogalnego.

Jakieś zaproszenie na koncert muzyki żydowskich kompozytorów 12 grudnia 1934 roku w Hamburger Hof. W koncercie jest anonsowany udział chóru synagogi reformowanej pod dyrekcją Rosenthala.  Nic więcej, choć tym razem cieszy mnie nazwisko Rosenthala, gdy znajduję je na skanie dokumentu. Jesteśmy już znajomymi? Trochę tak. To przecież ten sam nauczyciel z żydowskiej szkoły podstawowej.

Losy dyrygenta chóru synagogi w Gliwicach Willy’ego Fleischera kierującego gliwickim zespołem przez ponad 25 lat i świętującego ten jubileusz w 1936 roku, dają mi nadzieję że Heinrich Rosenthal z 1913 roku, to ten sam Rosenthal który kieruje chórem w latach trzydziestych. W najgorszym wypadku (bo jak się okazuje to zawód dziedziczony) jego syn lub krewny. Niemal łapczywie i zachłannie rzucam się na zestawienia finansowe gminy bytomskiej z lat 1935-1936, ale niestety Rosenthal i tam jest tylko pozostaje Rosenthalem. Kwestia jego imienia do końca tej opowieści wnosić będzie pierwiastek niepewności. Nie jedyny.

Tak naprawdę nie ma się tu czego chwycić.

W pozycji Wydatki pojawiają się kwoty wyasygnowane na chór. W roku 1935 jest to 700 RM, w 1936 800 RM. Chórmistrz dostaje  w 1935  r. 511,92 RM. Porzucam te słupki. Ciekawe jest może to, że podobne kwoty na swoje chóry w tym czasie wydaje synagoga w Gliwicach. Wspomnienia rabina Jacoba Cohna z Katowic z 1900 roku, uświadamiają mi zaskakujące ustalenie, że 30 lat wcześniej podobne kwoty (bo 750 RM) pokrywały koszty funkcjonowania chóru synagogi w ówczesnych Kattowitz. Zbieżność, która do niczego tutaj nie prowadzi. To wciaz tylko liczby, po prostu. Metadane wypełniające niewiedzę na temat chóru.

Kopalnią wiedzy na jego temat  pozostaje Max R. Guttmann. Gdy trafił w trzeciej klasie szkoły podstawowej do chóru, traktował to jako pewną odmianę od rutyny życia codziennego.  Przygodę, pozwalającą na słuchanie podczas modlitw w synagodze muzyki organowej, którą właśnie od tego czasu szczerze pokochał.

W poszukiwaniu tropów i ich cieni trafiam na lekturę Juedisches Gemeindeblatt z lat 1934-1937. Skany tego tygodnika wydawanego metodą niemal „powielaczową”, wręcz siermiężnego i po prostu lichego (analogia do wydawnictw drugiego obiektu w Polsce lat 80-tych jest najbardziej wskazana), dostarczają niezwykle ciekawej lektury tego czym żyła społeczność Żydów Bytomia, Zabrza i Gliwic.  Życie muzyczne w tym opisie jest też dość bogate, jednak informacji na temat chóru synagogi z Bytomia właściwie nie ma… Jestem rozczarowany. Nic. Nic tam nie znajduję.

Chór pozostanie więc nieznany. Nie dowiem się ilu liczył członków, gdzie i jak często koncertował poza synagogą. Jedynym tropem jest archiwum Erwina Herpera. Jestem mu za to wdzięczny. No i Maxowi Guttmannowi też. Zamykam sprawę chóru. Tymczasem.

(cdn)

To co zostało. Dawny Hamburger Hof, (Bytom lipiec 2016)

Historia bez tytułu, początku i końca (6). Cukierki Pana Bernsteina

9 listopada 1938 roku była środa. Późnym wieczorem tego dnia obie bytomskie synagogi przestały istnieć. To znaczy stały jeszcze ich mury, ale to było wszystko co z nich zostało.

Skoro była to środa, to domyślam się, że śpiew chórów towarzyszących modlitwom szabasowym po raz ostatni wybrzmiał  we wnętrzach bytomskich synagog w piątek 4 listopada 1938 roku. Czy był to tradycyjny Hymn chwały ? Nie wiem.

Nie wiem też (ile tego „nie wiem” w tej historii jeszcze się zdarzy?) jaka była pogoda 4 i 9 listopada 1938 roku w Bytomiu.  Chciałbym wiedzieć jak wyglądał każdy z tych dni, gdy po dekadach istnienia chór synagogalny milkł na zawsze…

Tymczasem trzask płomieni w miejsce śpiewu. Gorąc w listopadowy dzień. Szloch i wyzwiska w miejsce głosu kantora…

Pewnie w ów piątek, 4 listopada, chłopcy z chóru jak zawsze, jak zwykle, „zarobili” po kilka cukierków w sklepie Raphaela Bersteina. Ten bowiem zawsze, jak wspomina Max R. Guttmann, obdarowywał ich kilkoma cukierkami „na łebka”, ilekroć zmierzali w piątkowe wieczory do synagogi. Nie mogli wiedzieć, że to ostatnie takie cukierki. Nie wiedział też pewnie tego mój bohater.  Może wiedząc to doceniliby ich niepowtarzalny smak. Ta historia to ocean domysłów. Takich i innych.

Jest kilka opisów tego, co działo się 9 i 10 listopada 1938 roku w Bytomiu. A w nich historia Nocy kryształowej jako momentu narodzin zła absolutnego i jego upaństwowienia i zinstytucjonalizowania. Uznania przez system jednych za lepszych, a innych za gorszych i niegodnych. Przyzwolenie na nienawiść. To był ten moment, po którym  trudno uwierzyć słowom tych, którzy w 1945 roku powiedzą „nie wiedzieliśmy”. Byliśmy ślepi? Głusi? Nie poczuliśmy swądu spalenizny? Obojętność, co zabija wtedy i dzisiaj.

Każdy z opisów Nocy jest na swój sposób poruszający. Sięgam do mniej znanego, napisanego przez Pana Wernera (znowu ten brak imion!) w liście do córki Suselotte Werner, szczęśliwie przebywającej wówczas w Anglii.

List, znajduje się w kolekcji Instytutu Leo Baecka. Co ciekawe – napisano go w Katowicach, licząc się z tym, że tylko stamtąd będzie możliwa jego wysyłka za granicę.  Powstał 19 listopada 1938 roku. Mimo upływu kilkunastu dni pełen jest emocji, traumy i w istocie poczucia beznadziei.

Gdy dochodzi do opisu zdarzeń z 9 listopada, ojciec Suselotte pisze:

„ Obie synagogi,  jak dom ich opiekuna o nazwisku Totschek spłonęły. Podobnie jak wyposażenie, meble itd. Totschek widząc pożar wyszedł niemal nagi z dozorcówki i został odciągnięty od budynków podobnie jak jego żona. Ta stała jedynie w swojej nocnej koszuli i szlafroku. Strażacy z uwagą obserwowali pożar pilnując, by wszystko się dokładnie spaliło i by ogień nie uszkodził innych domów. Kobiety i mężczyźni zostali dotkliwie pobici, młodzi i starzy. Najbardziej jednak starzy. Znany jest mi przypadek, gdy jedną z kobiet pobito niemal na śmierć. Mógłbym napisać ci dużo, dużo więcej, ale jestem bliski rozchorowania się mając to wszystko przed oczyma i muszę na tym poprzestać. (…) Świat pozna się na tym, ale będzie już za późno (…).”.

Więc gdzie był w tym czasie mój bohater?  Miał niemal dokładnie 17 lat. Przeżył, nie wywieźli do do Buchenwaldu. Czy do jego domu, jak do mieszkania pana Wernera, też wpadli ludzie, bywa że sąsiedzi?

Werner wspomina:  „(…) całe mieszkanie było jedną wielką ruiną. Wszystko co szklane, porcelanowe potłuczone. Mieszanina porozrzucanych talerzy, zastawy, zdjęć, zegarów, dokumentów na podłodze. Fortepian porąbany siekierą, fisharmonia rozbita. Kredens wybebeszony i tez porąbany siekierą, inne meble zniszczone. Krzesła porozbijane na kawałki. Trudno to wszystko opisać.  Oczywiście ta odrobina biżuterii, jaką mieliśmy skradziona. Odłożone 160 marek jakie miałem zapłacić za zdjęcia w sobotę, skradzione. Drobne matki na żywność coś 15 czy 18 marek też. Za co przeżyjemy? Zredukowani zostaliśmy do żebraków. Schowałem się przed napastnikami u wdowy Friedlaender i tam pozostałem do wczoraj [czyli 18 listopada – przyp. L.J.]”. 

Gdzie schował się mój bohater? Jak przeżył  te dni? Powtarzam te pytania bo to,  że przeżył to pewne. Ba, wiem też, że nie wszystko na szczęście spłonęło 9/10 listopada. Gdyby tak było, opowieść ta nie miałaby swej puenty.

Miało być o chórze, a jednak nie jest. A może jest?  Ten inny nieoczekiwany odcinek daje mi czas, by ochłonąć i powrócić do tego, co o chórze wiem.

(cdn)

Gwiazda / Star (Synagoga/Synagogue/Synagoge zum Weissen Storch/pod Białym Bocianem, Wrocław/Breslau)