Luksusowe żagle nad Tel Awiwem. Izrael (2)

Stare kino. Kronika PAT-u. Reportaż Romualda Gantkowskiego. Jest lato roku 1939.

Na ekranie najpierw widać  miasto z samolotu, a potem przed naszymi oczami pojawiają się już rozświetlone letnim słońcem białe budynki i ulice Tel Awiwu. Miasto liczy wówczas 50 tysięcy mieszkańców i jest spełnieniem snów. O nowym początku, o modernistycznej, a może tylko luksusowej  architekturze trzeciej dekady 20. wieku, jakiej w takim nagromadzeniu nie było nigdzie w Europie.  W stosunku do skali Tel Awiwu niczym jawią się eksperymenty wystawy WUWA we Wrocławiu (1929) czy realizacja osiedla Weissenhoff w Stuttgarcie w 1927 roku.

Kamera rozpoczyna spacer po mieście od Placu Meir Dizengoffa, założyciela miasta i pierwszego burmistrza Tel Awiwu. Krąży po Placu Króla Dawida. Nowo budowanym porcie i elektrowni miasta. Takie bliskowschodnie „Metropolis” na skalę i rozmiar brytyjskiej Palestyny. Jest prąd, jest trud człowieka i nowa forma miasta wyrastającego z niebytu. Taki przekaz. Taki obraz.

Prawdę mówiąc miejsca pokazywane na filmie  nie zmieniły się, by ich nie rozpoznać we współczesnym mieście. Raczej ogarnia nas lekki niepokój, że w stosunku do współczesnego obrazu Tel Awiwu, brak jest jedynie brytyjskich posterunkowych, czerwonych skrzynek królewskiej poczty i angielskojęzycznych szyldów i drogowskazów, których dzisiaj już zdecydowanie mniej w tej części miasta i w ogóle w Tel Awiwie.

Podobnie i dzisiaj spotkanie z Białym Tel Awiwem, można rozpocząć od obu tych miejsc, które intrygowały filmowców blisko 80 lat temu. Spacer po Białym Tel Awiwie można też rozpocząć z innego dowolnie wybranego miejsca w okolicach Bulwaru Rothschilda czy ulicy Allenby, jednej z pierwszych wytyczonych w tym mieście.

Nadal ponad jeden z narożników Placu Króla Dawida wyrasta dynamiczna i opływowa architektura Poli House, wzniesionego w 1934 roku apartamentowca, zaprojektowanego przez Schlomo Liasowskiego. Zrewitalizowany (jego inwestorem był Yehuda Polishuk stąd współczesna nazwa Poli House) jest jednym z hoteli w sieci luksusowych i dizajnerskich Brown Hotels.

Wizyta na placu jest cenna także z innego powodu. Plac Króla Dawida daje  pojęcie o czymś, co jeszcze nie tak dawno działo się w Tel Awiwie i pozwala zobaczyć jak to niegdyś Białe Miasto, zszarzało.  Na przestrzeni minionych 50-ciu lat biel tynków i gładzi elewacji domów  z lat trzydziestych minionego wieku sczerniała i  pokryła się plątaniną nadbudówek i ścianek. Fasady zostały zaś przysłonięte przez nowe otwory okienne, instalacje klimatyzatorów lub po prostu popadły w ruinę, porzucone przez swoich pierwotnych właścicieli.

Tak szaro wyglądał niegdyś cały Biały Tel Awiw jeszcze na początku tego wieku. Stan ten zmienił się po 2003 roku, gdy ponad cztery tysiące budynków wzniesionych w latach trzydziestych i czterdziestych 20.wieku, które znajdują się  na obszarze pierwotnego centrum Tel Avivu  (w kształcie zadanym mu przez urbanistę Patricka Geddes’a po 1929 roku) zostało objęte ochroną i wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Czym jest Biały Tel Awiw? Miastem z marzeń? Kaprysem bogatych inwestorów? Tworem marzycieli i fantastów architektury? Wszystkim po trosze.

Na początku była wizja Meira Dizengoffa, obraz  miasta nowego i niepodobnego do innych. Niemożliwego, bo budowanego na nadmorskich wydmach, a kto buduje na piasku poza szaleńcami? Funkcjonalnego i przyjaznego ludziom, społecznie dostosowanego i odżegnującego się od obrazu miasta przeludnionego i znieprawionego, jaki odnaleźć możemy na berlińskich obrazach Ernsta Ludwiga Kirchnera i współczesnych mu ekspresjonistów.

Była to wizja miasta, która spotkała się nie tylko z żywą odpowiedzią ze strony żydowskich architektów, którzy zaczęli napływać do Palestyny, głównie z terenu Niemiec, gdzie począwszy od 1933 aktywność ruchów związanych z Nową Rzeczowością (Neue Sachlichkeit) została ograniczona niemal do zera.  Architekci owi byli emigrantami ogarniętymi albo ideą syjonizmu lub jak Erich Mendelsohn (do niedawna członek Pruskiej Akademii Sztuk z której go bezceremonialnie wyrzucono w 1933 r.), wygnańcami poszukującymi nowej drogi.

Równie istotne dla takiego rozwoju zdarzeń było to, że ów ruch budowlany znalazł oparcie u miejscowych i europejskich inwestorów, ludzi zamożnych, którzy postanowili dać szansę  początkującym architektom i uznanym gigantom moderny. To, co zostało potem okrzyknięte przez nazistów  mianem sztuki i architektury wynaturzonej, na bielejących wydmach koło arabskiej Jaffy, znalazło życzliwą i szeroką akceptację.

W gronie przybyszy najważniejszą rolę odegrało zaledwie kilku absolwentów Bauhausu (tacy jak Arieh Sharon, czy Munio Weinraub). Inni to  Dov Carmi i Zeev Rechter, Pinchas Hueth, Josef Neufeld, Genia Averbuch,  czy powiązany z Miesem van der Rohe, Richard Kauffmann.

Pośród przybyszy do Tel Avivu znalazł się też cieszący się już światową sławą, wspomniany wcześniej Erich Mendelsohn. Nie pozostał tu jednak zbyt długo. Wybrał Amerykę.  Patrząc wszakże na falujące elewacje wielu spośród budynków Białego Tel Awiwu, odnoszę wrażenie jego wszechobecności w tej części miasta i patrząc na nie mam przed oczyma  jego ostatnie realizacje z Niemiec Weimarskich w Chemnitz (Schocken Kaufhaus), czy z Berlina (Columbus Haus). Katy proste elewacji domów i willi przy reprezentacyjnym bulwarze Rothschilda przypominają mi jego Sedenhaus Weichmann z Gliwic.

Wśród historyków architektury wciąż trwają dyskusje na temat tego, jak dalece w przypadku Białego Tel Awiwu uprawnione jest mówienie o tak jednoznacznym oddziaływaniu szkoły Bauhausu na to co działo się w architekturze tego miasta.

Patrząc na Białe Miasto, uważam, że  jest to swoisty rodzaj syntezy tego, co na grunt tego miasta i społeczności poszukującej tu swojej nowej tożsamości (narodowej i artystycznej) przynieśli  architekci ukształtowani przez awangardę europejską okresu międzywojnia.

Większość z nich pochodziła z Europy, jednak niewielu w istocie wprost powiązanych było z gigantami architektury tego okresu: Gropiusem, van der Rohe, czy Le Corbusierem i Mendelsohnem. Postawiłbym więc raczej tezę, że w przypadku Tel Awiwu mamy do czynienia z pierwszą tak masową recepcją, interpretacją i reakcją na tradycję modernistyczną, zrodzoną kilka i kilkanaście lat wcześniej. I to właśnie stanowi o wyjątkowości tego miejsca i fenomenie Białego Miasta.

Chodząc ulicami Białego Miasta (White City) trudno się uwolnić od wrażenia,  że to miejsce starcia wielu tradycji modernistycznych. Z jednej strony architektura ta miała ambicję zaznaczenia silnego nurtu funkcjonalistycznego  (co było bliskie estetyce i myśli van der Rohe czy Le Corbusiera przede wszystkim), z drugiej zaś strony niosła ze sobą element estetyzującej ekspresji i dynamiki, która (gdy patrzymy na wybiegające tarasy i balkony domów wokół Placu Dizengoffa), jest przypomnieniem mieszanych intencji Gropiusa, jak pisał o jego architekturze  Charles Jencks. Jencks pisząc to wskazał na coś, co dostrzegam w Tel Awiwie i zabudowie Białego miasta. Zderzanie idei maszyny do mieszkania z ekspresją  i estetyką form klasycznych, gotycyzujących czy nowocześnie ekspresjonicznych, jak u Mendelsohna.

Taki właśnie jest architektoniczny obraz Białego Tel Awiwu. Co jednak ciekawe (zważywszy na tradycje awangard początku 20. wieku) wątek społeczny architektury zrodzonej z ducha Bauhausu, gdzieś zniknął  w Tel Awiwie.  To co oglądamy, to w istocie droga architektura  willowa, luksusowe apartamentowce. Architektura idąca już własną drogą i bardzo powierzchownie odwołująca się do ideologii rewolty i  misji architektury, jako czynnika zmiany społecznej.

Wszystko to jednak nie zmienia odczucia, iż Białe Miasto jest w sensie przestrzennym i w odniesieniu do poszczególnych projektów, zjawiskiem nader interesującym. Wartym spaceru i refleksji.

Białe Miasto wytworzyło swoje własne Leitmotivy: kody architektoniczne (termometrowe okna, opływowe fasady, balkony; taśmowe układy okien) czy (co widać doskonale na przykładzie zrewitalizowanego obecnie  dawnego Cinema Esther – obecnie Cinema Hotel) i  formy dizajnu przedmiotu i detalu architektonicznego opartego na kącie prostym i swoistym flircie z geometrycznym art deco.

Estetyka białego putzu (nazywanego Waschputz)  pokrywającego każdy metr kwadratowy nowej architektury, jak niegdyś piasek miejscowe wydmy…

Białe Miasto, skąpane w błękicie nieba i szmaragdzie morza odbijającego się od plaż i brzegów Tel Awiwu. Znowu rozwija swoje białe żagle…

Stary Biały Tel Awiw (Plac Króla Dawida) Stary Biały Tel Awiw, Hakarmel)

Poli Hotel (1933-34) Plac Króla Dawida Poli House (tablica fundacyjna)

Dizengoff Cicrle (94-96), 1936 (m.in. siedziba Cinema Esther)  Fragment zabudowy (Dizengoff Circle, Tel Awiw)

Łuki, fragment budynku przy rondzie Dizengoffa - Białe Miasta, Tel Awiw

Hotel Cinema, Tel Awiw Cinema Hotel, wnętrze d. Cinema Esther

  Wnętrze dawnego Cinema Esther (obecnie Hotel Cinema) Cienie, klatka schodowa d. Cinema Esther,

Detal poręczy (Ciname Hotel  Segregatory z d. Cinema Esther, (obecnie Hotel Cinema)

Plakat d. Cinema Esther (wnętrze Hotelu Cinema)

Hotel Cinema - klatka widok z góry; na parterze historyczny projektor kinowy

White Tel Awiw (fragment elewacji domu rodziny Ariav, 1933) Ariav House Tel Awiw, 1933 (rewitalizacja 2016)

Budynek przy bulwarze Rotschilda (zdj. archiwalne) Rewitalizacja apartamentowca przy Bulwarze Rothschilda (obiekt z 1933-34)

Fragment domu przy Rothschild Blvd / róg Bar Ilan Street 17

Dom Sary Rappaport (Rotschild Blv. 118, 1933) (ciekawy przykład użycia tzw. okien termomentrowych w doświetleniu klatki schodowej)

Willa rodziny Sadowski, archit. Carl Rubin, 1933 Fragment elewacji willi Sadowski

Melchet Str 23 (realizacja z 1933 r.)

Szabasowa winda. Izrael (1)

Szabas dla gościa ortodoksyjnego hotelu w Tel-Awiwie oznacza kilka zmian w stosunku do rutyny pozostałych dni tygodnia.
Gdy w piątkowy wieczór (tym razem po 16.30) rozpoczął się czas świętowania, zupełnie nieopatrznie wsiadłem do „szabasowej” windy (hotel reklamował ją na swoich stronach do czego oczywiście nie przykładałem żadnego znaczenia), a ta „sama z siebie” jęła się zatrzymywać na każdym piętrze podstarzałego hotelu w centrum Ramat Gan. Dzięki temu, jak dowiedziałem się później, ortodoksyjny wyznawca judaizmu nie narusza zasady powstrzymania się od wszelkich czynności, które można uznać za pracę… Zwolnienie go z konieczności wykonywania pracy, czyli naciskania przycisków pięter w windzie, wydało mi się zakazem tyleż oryginalnym, co nieco anachronicznym…

Poza tym, że była to jedna z najdłuższych podróży windą jaką kiedykolwiek odbyłem ( mieszkałem na 10.piętrze hotelu, oddychając z ulgą, że nie dano mi pokoju na 16. kondygnacji), mogłem pocieszać się tym, że na szczęście istnieje zasada pikuach nefesz zezwalająca na łamanie zakazów szabasu w przypadku zagrożenia życia. Ta dawała mi przez kolejne dni wątłą nadzieję, że w przypadku zatrzymania się między piętrami, ktoś jednak wyciągnie do mnie pomocną dłoń i nie skaże na dwudniowe przebywanie w szybie hotelowej windy bez jedzenia i picia… uznając to za rodzaj zagrożenia dla mego jestestwa… (to z lekka naciągana interpretacja wskazań Tory, ale może by zadziałała?)
Oderwanie się od codziennych i przyziemnych spraw, co nakazuje tradycja szabasu, obeszła mnie już bardziej osobiście, gdy od czasu do czasu nagle w hotelowym pokoju brakowało prądu, a ciepła woda (ogrzewana współczesnym ogniem, czyli elektrycznie) zamieniała się pod prysznicem w lodowatą strugę. Drobiazgiem było to, że hotelowy router Wi-Fi padał pozbawiony zasilania i ogólnie rzeczywistość, choć odświętna, szarzała i zawężała się do wymiarów pokoju, w którym mieszkałem. A wszystko dlatego, że wzniecanie kiedyś ognia (zakazane w czasie święta), dzisiaj zrównane z uruchamianiem elektryczności, to inny rodzaj aktywności „wykluczonej”.
Nie ogarniałem, przyznaję, logiki tego ograniczenia, gdy śniadaniową kawę musiałem przygotować zalewając „neskę” niby-wrzątkiem o mocno obniżonej temperaturze, bo nie ma prądu lub właśnie go wyłączono… Nie to jednak szczerze mnie zadziwiło, a raczej fakt, że ekspres do kawy też w czas szabasu „nie pracuje”. Tym razem już z dwóch, „skumulowanych” powodów.
Jednym jest brak prądu, drugi (gdy prąd już jest) sprowadza się do fundamentalnej kwestii tego, czy można w czas szabasowego święta narażać kogokolwiek (kto naciśnie przycisk w ekspresie, by dokonać wyboru między cappuccino, espresso na przykład), na wykonywanie zabronionej pracy… By wybór ten nie rodził wątpliwości, ekspres na czas szabasu po prostu oficjalnie „nie działa”. Wtyczka do prądu, zbędna, smętnie zwisała z kontuaru… na którym tkwił bezczynnie.
Perspektywa tego, że przez najbliższe dwa dni nie będę mógł rozpocząć poranka od filiżanki mocnej dobrej kawy, nie wzbudzała mego entuzjazmu… W oczywisty sposób stan ten wymuszał poszukiwanie alternatywnego miejsca do jej spożycia.
Gdy w sobotni poranek opuszczam hotel jestem w pełni gotowy do stawienia czoła świątecznej rzeczywistości i odkrywania Izraela, którego tak naprawdę nie znam.
Byłem tutaj cztery lata temu, też w marcu. Działo się to w przededniu smutnego końca projektu nowej wystawy stałej w Muzeum Śląskim, wiec czas ten szczególnie dobrze pamiętam. Trudno jednak tamtą podróż uznać za szansę na jakieś szczególnie dogłębne poznanie Izraela. Nie mogła być nią wiedza wyniesiona z pielgrzymki do Jerozolimy, Jerycha, nad rzekę Jordan, Jezioro Tyberiadzkie, do Betlejem, czy do Nazaret.
Jeszcze tylko lekkie pchnięcie zazwyczaj samodzielnie otwierających się drzwi do i z hotelu, które w czas szabasu też ‘nie pracują’. Robię to już bez specjalnego zdziwienia (proces socjalizacji szybko postępuje) i w sumie to już nie wiem, co lepsze. Czy to, że prąd  pracuje za mnie i drzwi te otwiera, czy fakt, że to ja je pcham, nie czekając na to kiedy prąd będzie, a kiedy go zabraknie.
Tuż za drzwiami hotelu owiewa mnie ciepłe, choć wciąż rześkie powietrze. Niemal letnia temperatura poranka (na dworze jest około 18-19 stopni).

Szybko opuszczam ulice Ramat Gan w poszukiwaniu białego Tel Awiwu i tego co dalej. Sam jeszcze nie wiem jak i gdzie, i dlaczego…

Wschód Słońca nad Ramat Gan (Izrael)

Ponad dachami

Cieszyn na szczęście wciąż ten sam.

Nadal nieznany.

Poznawany w sposób, by nic nie tracił ze swojego uroku i mojej o nim niewiedzy.

Miejsce na granicy – historii, światów, pamięci.

Po długiej przerwie aparat wzięty do ręki.

Odżałowane kadry?

Nie wiem.

Czy przerwa nie była zbyt długa?

Okna Avionu (C. Tesin, 2017)

Dachy Cieszyna (1)

Oplatanie (dachy Cieszyna (2)

Mann znikąd

To nie pierwszy raz, gdy nagle i zupełnie niespodziewanie wszystkie wątki, myśli i słowa spotykają się w jednym miejscu. Na początku jest tylko ten rodzaj zadziwienia, że „nie wiem i że  mi to umknęło”. Spóźnione pytanie „jak?” pozostające bez odpowiedzi.

Początek był banalny. Tak jak wówczas, gdy oglądając Nirgendwo in Africa (pol. Nigdzie w Afryce, 2003, reż. Caroline Link), dobiegł mnie dźwięk słów Breslau i Juden. Stało się tak mimo tego, że wiedziałem, że film jest adaptacją autobiografii Stephanie Zweig. Śląskość filmu przykuła mnie do ekranu tym silniej. Kazała powracać do tego obrazu po wielokroć.

Breslau popłynęło z ekranu i tym razem w The Best of Men (pol. Najlepsi z najlepszych,  reż. Tim Whitby). A potem przemówił on – filmowy doktor Ludwig Guttmann…

Pomyślałem, jak niewiele wiem.

Jest w Toszku ulica dra Ludwiga Guttmanna, są dwie (szpitalne) tablice. W Chorzowie i Wrocławiu. Tyle.

A sztandarowa publikacja na temat wrocławskich Żydów Macieja Łagiewskiego (Wrocławscy Żydzi 1850-1944, Wrocław 2010), milczy na jego temat. Czy to nie irytuje?

Tost czyli odkrywanie Guttmanna

Ludwig Guttmann, choć fakt ten nie zawsze bywa odnotowywany wprost i jednoznacznie, był niemieckim Żydem urodzonym (3 lipca 1899 roku) na Górnym Śląsku. Tutaj też spędził swą młodość.

Wywodził się z ortodoksyjnej rodziny żydowskiej mieszkającej w pruskim Toszku (wówczas Tost). Rodzina Ludwiga mieszkała w Toszku bardzo krótko, bo już rok później przeprowadziła się do Königshütte (Królewskiej Huty).

Dokumenty zgromadzone w Instytucie Leo Baecka w Berlinie dają nader skromny obraz społeczności żydowskiej w Toszku. Silnie z sobą związanej, mocno osadzonej w tradycji. Nielicznej. II wojna przyniosła całkowitą jej zagładę. Na miejscowym kirkucie zostało osiem macew. Zresztą, może dzisiaj jest ich jeszcze mniej…

Myśląc o żydowskim Toszku, wspominam go jednak w pierwszym rzędzie przez  pryzmat niezwykle zabawnej opowieści zachowanej w archiwach berlińskich i związanej z tym miasteczkiem. Historii z 1873 roku.

Jest w niej mowa o obchodach święta Purim w pruskim i zazwyczaj nobliwym Tost. Bawiono się tego dnia tak dobrze i beztrosko (co  jest częścią kolorytu i tradycji wpisanej w celebrowanie tego święta), że dopiero na miejscowym odwachu policji, stróże prawa  byli w stanie ustalić tożsamość wszystkich uczestników zabawy… Wyjątkowości całej sytuacji dodaje fakt, iż liczba zatrzymanych była znacząco większa, niż liczyła cała lokalna społeczność żydowska Toszka. Bawiło się niemal całe miasto…

Następna stacja – Königshütte

W rok po urodzinach Ludwiga, Guttmanowie opuścili miasteczko położne u stóp zamku, którego krótkimi właścicielami była rodzina von Eichendorff.

Sporo czasu i trudu pochłonęło mi ustalenie tego, gdzie zamieszkała rodzina Guttmann po przeprowadzce do ówczesnej Królewskiej Huty (Chorzowa).

Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, pan dr August Guttmann, nauczyciel w Gimnazjum Królewskim w Królewskiej Hucie i ojciec Ludwiga Guttmanna, zamieszkał wraz z rodziną przy obecnej ulicy Powstańców (Tempelstrasse 26). Czy jest to obecny numer 26… ? Nie wiem. Budynek zdecydowanie wygląda jak ten z epoki chce wierzyć, że to jest to miejsce.

Dość, że stosunkowo liczna rodzina Guttmann cieszyła się z posiadania czwórki dzieci. Trzech córek i jedynego syna, Ludwiga właśnie. W kamienicy zamieszkiwał jeszcze inny nauczyciel miejscowego gimnazjum (Max Hatmann), a także emerytowany nadsztygar Beher, czy rentier Theophil Chran i wielu, wielu innych mieszkańców. Taki śląski mikrokosmos, którego opis przynosi książka adresowa  Königshütte z 1906/1907 roku…

W tym samym gimnazjum (Königliches Gymnasium in Königshütte) Ludwig Guttmann zdał w 1917 roku maturę. Jego ojciec nie był już w tym czasie nauczycielem. Tak przynajmniej wynika ze spisu w sprawozdaniu z działalności placówki z 1915 roku, autorstwa dyrektora gimnazjum dra M. Müllera (archiwum cyfrowe Leo Baecka w Berlinie).

Natychmiast po maturze, Ludwig, jak niemal wszyscy jego koledzy, trafił do wojska. Na jego szczęście służba nie trwała zbyt długo.

To jednak co tak naprawdę ukształtowało jego postawę życiową i zainteresowania, to praktyka w miejscowym szpitalu, jaką odbył w 1917 roku i widok sparaliżowanego górnika, gdy przywieziono go po wypadku na kopalni. Jego agonia przez kolejne 5 dni, poczucie bezsiły pomieszane z brakiem zainteresowania dla jego losu ze strony personelu medycznego, była momentem, jak piszą zgodnie biografowie Guttmanna, który zadecydował o jego dalszych wyborach zawodowych.

Kolejne ścieżki kariery zawodowej Gutmanna po 1918 roku znaczą: Uniwersytety wrocławski i uczelnia w Halle. Początkiem pełnej kariery zawodowej jest uzyskanie tytułu doktora medycyny w 1924 roku. Kolejnym, habilitacja z neurologii w 1930 roku we Wrocławiu i współpraca z tamtejszym  szpitalem neurologicznym.

Breslau

Ponad rok temu, postać Guttmanna przypomniano na łamach Wochenblatt, tygodnika Niemców w Polsce. Z wdzięcznością myśląc o autorze artykułu, nie mogę zrozumieć dlaczego wprost nie pisze się w nim o jego żydowskich korzeniach. Enigmatycznie bowiem i niejasno w tym kontekście wybrzmiewa  poświęcenie i niezwykła odwaga, z jaką Guttmann ratował z listopadowego pogromu 1938 roku sześćdziesiąt osób, udzielając im schronienia w żydowskim szpitalu, którego był dyrektorem…

Informacja ta brzmi wciąż dość zdawkowo. Liczby, daty. Dodajmy zatem do tego trochę życia i emocji. Guttmann zrobił coś znacznie więcej. 10 listopada 1938 roku, w dzień po Nocy Kryształowej, osobiście odbył z funkcjonariuszami gestapo obchód po szpitalu i z liczby 64 osób przyjętych w wyniku pogromu do szpitala, wybronił przed wypisaniem (i odesłaniem do KZ Dachau lub Buchenwald) 60 osób, prezentując ich dokumentację medyczną (sic!),  tłumacząc i uzasadniając konieczność ich pozostania w lecznicy…

Wcześniej, jako świeżo upieczony neurolog, pracował w 1933 roku we wrocławskim  szpitalu Wenzel Hancke, z którego wyrzucono go wiosną 1933 roku, jak wszystkich żydowskich lekarzy, których objął państwowy Berufsverbot. Na Dolnym Śląsku nie obowiązywały przepisy ochronne Konwencji Genewskiej i niearyjscy lekarze z dnia na dzień przestali pracować. To w jakimś sensie zamknęło dalszą karierę Guttmanna.

Ludwig Guttmann kolejne lata spędził w kwartale ulic Hohenzollernstrasse (Sudecka), Neudorferstrasse (Wiśniowa) i Menzelstrasse (Sztabowa) pracując, a od 1937 roku kierując Szpitalem Żydowskim. Zyskał w tym czasie, jak dowodzą wspomnienie innego wrocławskiego neurologa Fritza Richarda Sterna (pochodzącego nomen omen z Pyskowic…) reputację najwybitniejszego neurochirurga w mieście.  Ze szpitalem i swoim Breslau rozstanie się na samym początku 1939 roku.

Anglia

Okazji do ucieczki z nazistowskim Niemiec dostarczyli mu po części sami naziści wyrażając zgodę na wyjazd do Portugalii w celu wyleczenia bliskiego znajomego portugalskiego dyktatora Salazara.

Podróż powrotna Guttmanna pierwotnie  została zaplanowana przez Londyn i okoliczność ta pomogła w decyzji o emigracji. Skorzystał z tej okazji i faktu, że Rada Pomocy Uchodźcom Naukowcom (CARA) wyjednała mu zgodę na pobyt w Wielkiej Brytanii.

W Anglii wraz z żoną Else Samuel Guttmann i dwójką dzieci Dennis i Evy  zatrzymał się w Oksfordzie. 14 marca 1939 roku CARA, wynegocjowała w brytyjskim Home Office zgodę na stały pobyt i przekazała mu i jego rodzinie 250 funtów (odpowiednik  dzisiejszych 10.000 funtów), by w ten sposób pomóc mu w osiedleniu się w Oksfordzie.

Przez kolejne lata Guttmann kontynuował swoje badania nad urazami kręgosłupa w Klinice Neurochirurgii w Nuffield Radcliffe Infirmary.

„Kaleka – taki sam człowiek, jak ja i Ty!”

We wrześniu 1943 roku brytyjski rząd poprosił Guttmanna o podjęcie pracy  w Stoke Mandeville Hospital w Buckinghamshire i zajęcie się inwalidami wojennymi – pacjentami z trwałym paraliżem dolnych kończyn.

Ośrodek otwarto 1 lutego 1944. Guttmann został mianowany jego dyrektorem i pomimo kontrowersji dotyczących metod pracy, jak i samego stylu zarządzania oddziałem, piastował  to stanowisko do 1946 roku.

Jako dyrektor brytyjskiego pierwszego zespołu specjalistycznego leczenia urazów kręgosłupa wierzył, że to sport pozostanie głównym sposobem leczenia i ich rehabilitacji. Przy okazji, pierwszy raz położono w metodzie tej nacisk na odbudowę tężyzny fizycznej osób niepełnosprawnych i odzyskiwanie przez nie szacunku dla samych siebie.

„Pappa” (jak mówili życzliwi i zakochani w nim pacjenci) Guttmann uzyskał obywatelstwo Zjednoczonego Królestwa w 1945 roku. Zorganizował pierwsze Stoke Mandeville Games dla osób niepełnosprawnych dokładnie 28 lipca 1948 roku, a więc tego samego dnia, gdy otwierano Letnie Igrzyskach Olimpijskie w  Londynie. W uznaniu za swoje zasługi otrzymał tytuł szlachecki z rąk królowej brytyjskiej w 1966 roku i to on, uchodźca ze Śląska i wrocławski neurolog, uznawany jest dzisiaj za twórcę igrzysk paraolimpijskich…

Doktor Ludwig Guttmann zmarł 18 marca 1980 w Aylesbury, w Wielkiej Brytanii.

 

Na Górnym Śląsku ma jedną (sic!) ulicę swojego imienia… Cóż za rozrzutność w docenieniu… i pamiętaniu…

Fragment książki adresowej z 19006/1907 roku

Cmentarz zapomnianych książek

„…witamy na Cmentarzu Zapomnianych książek…”

Carlos Ruiz Zafon (Cień wiatru)

To nie była biblioteka. Już z daleka miejsce uderzało przechodnia kuszącym szyldem – Livres d’ Occasion. Lyon i  antykwariat wciśnięty w kamienicę przycupniętą ponad kamiennym nabrzeżem Saony. Fondée en 1840… założone w 1840… Jedna z witryn już dawno przestała służyć za wejście do sklepu. Zagracona dowodzi nadwyżki podaży nad popytem…

Wchodzę do środka i przeciskam się między regałami. Wspinam się po wąskich schodkach tkwiących między ścianami pokrytymi papierowymi tapetami i  mam wrażenie, że całkiem spora cześć książek tkwi tutaj od owego 1840 roku. Nietknięte zębem czasu, czytane przez kolejne pokolenia.

Cytując półgłośno Zafona (Cień wiatru) mówię do siebie – „każda znajdująca się tutaj książka, każdy tom posiadają własną duszę”. A może jednak dziedziczą dusze czytelników, którzy je tutaj kiedyś zostawili, czytali, z żalem (lub bez) zostawili, odłożyli na półkę?

Omiatam wzrokiem kolejne półki, sycę wzrok widokiem z niskiego okna na rzekę. Dotykam grzbiety, zaciągam się zapachem kwaśnego papieru i stęchlizny.

Goethe powiedział, że wiódł życie szczęśliwe, ale nie pamięta choć jednego tygodnia szczęścia…. Gdyby trafił tutaj, zmieniłby zdanie?

Wyzwalam jedną z książek. Przebłysk szczęścia.

Ślepy los(?) pada na dzieło Marcela Pagnola  L’Eau  de collines.  Jean de  Florette, Paris 1971. Każdy kto widział ekranizację tej powieści (z 1986 roku), poczuł skwar gorącej Prowansji i pamięta porywającą kreacją Daniela Auteuil i Yves’a Montand, wie dlaczego to zrobiłem.

W kilka godzin później, gdzieś między Lyonem, a Monachium odkrywam, że to tom pierwszy powieści. Poczucie ulgi i uspokojenia. Wrócę. Wiem to na pewno. A dzisiaj chcę tego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Livres d'Occasion (Lyon) Książki, kartki skupuję... / Books, postcards ... (Lyon)

Książki, książki / Books, books (Lyon) Zstępowanie / Descending (Lyon)

Usiądź i czytaj / Just sit and read (Lyon)

Okno z widokiem / Window with the view (Lyon, 2016))

„Żegnaj mój Śląsku”

dedykowane

Ofiarom Tragedii Górnośląskiej 1945

W dziwny sposób Ziemia Święta i Palestyna odżyła we mnie dzisiaj. Lubię ten rodzaj koincydencji. Nagłej, nieco absurdalnej i poruszającej do głębi.

Uciekając przed zimnem zaglądnąłem do księgarni z tanią książką.

Po chwili wywołany na zewnątrz odgłosami orszaków jednego z Trzech Króli, wyszedłem na ulicę, dźwigając pod pachą album Stanisława Markowskiego, Kazimierz. La ville juive de Cracovie. 1870-1988. Tak, to wersja francuska książki. Polskiej nie mieli, no i górę wzięła i ta cena, i te zdjęcia, co w środku.

Nie mogłem się oprzeć jej lekturze i już wkrótce, gdy siedziałem przy ogromnej szybie restauracji na ul. Brackiej, pochłaniałem obrazy tamtego Kazimierza. Biednego, magicznego, nieistniejącego. Poruszałem się ze znawstwem po ulicach Izaaka, Meiselsa (znanych mi od końca lat osiemdziesiątych 20. wieku). Robiłem 70 lat wstecz i  wpadałem na Szeroką, by zobaczyć handlarzy karpiem, którego w pobliskich domach sprawnie sprawiano na przepyszną, szabasową gefilte fish…

Kazimierz za sprawą tej książki ma swoją opowieść o jednostce czasu, która ilustruje bycie i nie-bycie wspólnoty Żydów Krakowa. Górny Śląsk wciąż takiej nie ma. Wkrótce to zmienię.

To co jednak poruszyło mnie do głębi, to zacytowany w albumie wiersz Mordechaja Gebirtiga z 1940 roku, Żegnaj mój Krakowie. Do tego momentu wierzyłem, że bardziej właściwe jest nie-mówienie o Kazimierzu, gdyż jak pisano o nim „Tej pustki nic nie wypełni. Niech życie uszanuje jej ciszę” (Bogdan Frymorgen, Kazimierz bez słów, Kraków 2011).

Pomyślałem (krew rozgrzewała już gorąca herbata i może stąd śmiałość i odwaga myśli), że to nie-prawda. Może (przy całej umowności i oczywistym, symbolicznym charakterze  abstynencji werbalnej, którą deklaruje Frymorgen),  słowa wobec takiej historii i o takich miejscach  wymagają jedynie (?) większego wysiłku, by je odnaleźć, wymyślić? Trudu wydobywania ich z historii zbrukanej, zapomnianej lub po prostu lekceważonej?

Śląsk ma podobny problem i jak u Gebirtiga słyszę, te wersy skargi – wiersza, który wielu Ślązaków mogłoby napisać (w swoim nienapisanym wierszu z 1945 roku). (To swobodna trawestacja słów poety z Kazimierza, których tutaj użyję):

„Żegnaj mój Śląsku,

gdzie pochowani są mój ojciec i matka,

(…) lecz spocząć obok ich kości

nie moim będzie przeznaczeniem”

 [Kraków, 6 stycznia 2017 r.]

Antybaśń o Trzech Królach

Dziwny to dzień. Zrobiłem kilka zdjęć z pochodu Trzech Króli w Krakowie. To już trzeci raz, gdy sięgam po aparat i jak głosiła kiedyś reklama KODAKA, podjąłem (beznadziejną) próbę zachowania wspomnień, używając do tego fotografii. Choć grabiały ręce, a zimno niemal lodowatymi igłami kłuło w twarz wymierzając kolejne razy. Głębiej i głębiej.

Kilka zdjęć.  Przeszłość  nawiedzać mnie będzie posługując się tymi obrazami lub co najmniej będzie taka jak… na tych zdjęciach.

Patrzę na owe orszaki Trzech Króli i nie wchodząc w szczegóły tego, czy to Mędrcy i czy było ich faktycznie Trzech (ewangelia św. Mateusza mówi o trzech darach, nie definiując ich liczby), zastanawiam się, jaki los spotkałby ich we współczesnej Polsce, Europie… świecie? Przybyszy z Azji, Afryki (?), pielgrzymów ze Wschodu. Pobito by ich? Ograbiono z mirry, kadzidła i złota, naubliżano im od najgorszych? Utopiono w łodziach, wcześniej odbierając wszystko co mają?

Nie jestem też pewien, czy dotarliby do Betlejem, nie tylko z powodu posterunków wojskowych na granicy z Autonomią Palestyńską.

Przeraża mnie ta perspektywa niespełnienia się proroctwa w Księdze Micheasza. Bardziej jednak drżę na myśl o tym, że swoim przybyciem wzbudziliby w nas zdolność do otwartego nieakceptowania innego, obcego. Rasizmu, nienawiści?  To smutne i w moich oczach nadaje dziś orszakom  charakteru etno-ceremonii, a nie aktu radosnego zawierzenia i manifestacji wiary, określonej postawy. Pewnie źle, gdy się pisze emocjami, ale czasami nie da się inaczej.

*

A za oknem symboliczna scena.

Odchodzenia. (Prze)mijania. Taki jest Kraków w swoim mikrokosmosie zdarzeń.

[Kraków, 6 stycznia 2017 r.]

Orszak Trzech Króli, Grodzka 6 stycznia 2017 r.

Pamiątka po (Trzech Króli, 6 stycznia 2017 r., Kraków)

(Prze)mijanie. Bracka, 6 stycznia 2017 r.

 

Już jest (2)

Tym razem trwało to dłużej.

Gdy wróciłem z oblepionej śniegiem A4 już była. Czekała.

Pachnąca (wciąż) intensywnie farbą drukarską, grafika Rudolfa Riedla.

Aktualna, poszukująca w związku z czasem Bożego Narodzenia pewnej syntezy tego, co wokół.

Tego co boli, niepokoi, zachwyca. Co widzi artysta i objawia nam ślepcom.

Myśli tych jest w sam raz tyle, by wziąć ich garść na spotkanie z Trzema Królami.

Jadąc dzisiaj autostradą A4, mijając miejsca, gdzie jeszcze chwilę temu dmuchane mikołaje wyznaczały efemeryczne zagajniki z choinkami, napawałem się promieniami wschodzącego słońca. Najpierw jego tarczą czerwoną, a potem promieniami zalewającymi wnętrze samochodu, wypełniających powierzchnię lusterek, ślizgającego się po faldach ubrania.

Wierzyłem (od czego rok pobytu w czasoprzestrzeni mitów japońskich?), że  wróżą one  (jak niegdyś na plaży w tokijskiej Daibie) rok szczęśliwy i wolny od nieszczęść…

Rozkładam linoryt z uważnością obdarowanego. Wygładzam powierzchnię.

Wpatruje się w twarze ludzi bez ziemi.

Boże Narodzenie 2016. Grafika Rudolfa Riedla (repr. L. Jodliński)

(Nie)Szczęście świata

Szczęście świata

No jestem nieco rozczarowany. Z kilku powodów.

Nie jest nią, nieco spowolniona narracja kreśląca atmosferę dusznego lata 1939 roku. Znam ją i w jakimś  sensie bliska jest ona opowieściom tkanym w takich filmach Bernardo Bertolucciego jak „Pod osłoną nieba” (1990), czy w „Ukrytych pragnieniach” (1996). Patrząc na film Michała Rosy „Szczęście świata” (2016), powraca do mnie też klimat „Kroniki wypadków miłosnych” (1986, reż. A. Wajda) według prozy Tadeusza Konwickiego. I teoretycznie wieszczy to dobry początek dla filmu, którego kulminacją scenariuszową jest historia o tym, co przyniesie zmiana, która gdzieś „wisi” w powietrzu. To jednak za mało.

Takie opowiadanie w filmie tym bardziej wymaga więcej niż powołanie do życia postaci, które wypełniają kadry tego filmu. Te są w tym filmie zbyt papierowe, choć mają swoje pasje i namiętności.

Reszta recenzji będzie więc jak opis filmu, którego nie widziałem, a który sobie mogę wyobrazić patrząc na dzieło Rosy.

Śląsk w 1939 roku

Początkowo w filmie uwodzić nas może obraz Górnego Śląska (gdzieś zawieszony w okolicach Katowic, Chorzowa i Rudy Pawłowice), okresu międzywojnia i nie dziwi nagroda za scenografię, jaką przyznano filmowi podczas gdyńskiego Festiwalu Filmu Polskiego, latem 2016 roku.

Potem jednak owe kulisy to za mało, by wypełnić opowieść emocjami. Uczciwie też powiem, że jeśli wcześniej odwoływałem się do dzieł Bertolucciego (w istocie klimatu napięcia, jaki niosą), to właśnie w sferze scenograficznej mam wciąż niedosyt owych obrazów Górnego Śląska. Oglądam ułomki tamtego świata i rozumiem, że budżet na więcej nie pozwalał. Intymizm obrazów we wnętrzach (tu scenografia bardzo staranna, historycznie adekwatna) jest raczej emanacją świata zewnętrznego, którego nie widzimy, a którego zapowiedź niósł film w pierwszych kadrach.

Polak, Niemiec, Żyd(-ówka), no i Ślązak też

Najbardziej jednak dotyka  mnie schematyzm postaci jaki nam film serwuje. I Irytuje. Nie wiem, czy opowieść o tym czym jest sąsiedzka obojętność, wycofanie się w obliczu zagrożenia życia, musi być nakreślona przez tak przewidywalne postaci. No jest w tej grupie też Ślązak. Po prostu. Nie Ślązak-Niemiec, Ślązak- Polak. Ciekawe, odważne, aktualne. No, ale odchodzę od głównego wątku.

Jest zatem lekko upadła femme fatale, malowany ptak tej opowieści, jak napisałby (być może) o głównej bohaterce filmu – Róży, Jerzy Kosiński. Róża (i tutaj uderzamy w cała paletę stereotypów i kliszy) jest Żydówką o płomienistych, rudych włosach, wyraźnie nie pasującą do swoich sąsiadów. Choć może i jej, i ich ekscentryczność to coś, co ich łączy.

Róża żyje zatem na pierwszym piętrze owej kamienicy – metaforze, tego czym jest Górny Śląsk  w 1939 r. –  ów narodowościowy i społeczny przekładaniec. To też Śląsk pozostający w oczekiwaniu na nieunikniony zmierzch Bogów.

Róża żyje intensywnie (w sferze emocji i doznań) i kocha, i pije wino, smakuje życie, jest świadoma tego, że jednych mieszkańców kamienicy fascynuje i pociąga, innych (głównie panie) niepokoi.

To ona uświadamia im potrzebę zatrzymania się w życiu, smakowania go. Podważa matematyczną logikę uporządkowania świata od punktu A do punktu B (w ciekawy sposób, ofiarą i przykładem tego myślenia jest Ślązak, pasjonat matematyki, windziarz ogarnięty pasją docierania do prawd bezwzględnych i policzalnych).

Niesłyszana przez otoczenie (choć podsłuchiwana przez sąsiadów i upajająca ich zapachami swego ciała i kąpieli, które urządza), bezgłośnie wieszczy kres świata, który znają. Ona i jej sąsiedzi. Choć tylko ona zdaje się wiedzieć że to świat, który jej nie ocali i w którym po raz ostatni wybrzmią słowa w jidysz. Póki co (jest lato 1939 r.) błądzą jak mowa szaleńców po ścianach mieszkań, nim zamilkną.

Sąsiadów kataklizm nieco zmieni, przesunie na mapie kamienicy, którą zamieszkują… Ją unicestwi.

PUSTKA, gdy brakuje szczęścia

No i tyle. Sekwencja tego, co dzieje się przed 1939 rokiem, znajduje rozwinięcie w wojennej i powojennej historii tej mikrospołeczności. Jest to swoiste  „postscriptum” do pierwotnej historii (jest nią  swoiste śledztwo dziennikarskie, jakie prowadzi inny z bohaterów filmu).

Tym rozwinięciem obrazów, uczuć i zdarzeń 1939 roku, jest PUSTKA po Róży-Żydówce, a może przede wszystkim Żydówce-Róży. Cięcie. Koniec (filmu, jak lubiła dodawać kinematografia radziecka).

Wiemy jak Róża znika, „widzimy to obrazami” przywołanymi po latach. Jest rok 1940 roku, kiedy bezskuteczne szuka ratunku wśród sąsiadów, prosi o obecność, o dobre słowo i towarzyszenie jej w ostatniej drodze. Potem jest gestapo i śmierć.

Żydzi górnośląscy. Historia wciąż nienapisana

Nie po raz pierwszy widzę, oglądając ten film, jak niełatwo jest opowiedzieć historię anonimowych ofiar Holokaustu (na Górnym Śląsku).

Historię, tych którzy nagle(?) znikali. O których nikt się nie upomniał. Ktoś zajął ich mieszkanie, ktoś inny nie podał ręki w potrzebie i… był spokój. Do czasu. Taki czas zawsze odżywa, wspomnienia powracają i irytacja, że duchy ofiar Holokaustu nas dopadają. I szczęście świata znika. Czy ten rodzaj współodczuwania niesie z sobą film?

Śmiem i chcę wierzyć, że z podobną myślą, chciał nas zostawić scenarzysta.

Nie wiem, czy historia którą zbudował, jest dość dobrze opowiedziana, byśmy w to wszystko uwierzyli. Podobnie jak w to, że Polak błądzi i nie znajduje szczęścia (romantycznie kochając i nie kochając), Niemiec jest nazistą lub na nazizm skazany, a Ślązak to istota uwikłana w swoją nieskomplikowaną naturę. Żydówka też została obsadzona  stereotypowo, bo i ruda i lekko dekadencka, i stanowiąca zakazany owoc dla swoich sezonowych miłośników. Trochę za dużo tych obrazów prostych, jak na sceny o symbolicznym wymiarze…

Ktoś miał napisać, że film Michała Rosy, to taka polska „Amelia” (1991, reż. Jean-Pierre Jeunet).  No nie wiem. „Amelia” była filmową bajką o tym co nazwałbym wartościami, które nas konstytuują. Czynią  z nas i przywracają w nas człowieka. „Szczęście świata” to raczej opis świata, w których ich nagle zabrakło.

Antybajka zatem?  Może dlatego  postaci też nieco mniej atrakcyjne, z gruba skreślone? Film pozostanie. Wyznaczy drogę lepszym? Może. Oby.

Katowice. Dworzec kolejowy (repr. za A. Siermontowski-przed-1934 r.)

Hopperowskie okno u literatów

Klimat pokoiku w Domu Literatury jest lekko niepokojący.

Na korytarzu wciąż stoją, traktowane jak relikwie minionego czasu, porcelanowe resztki tamtego świata. Czasu, gdy „hartowała się stal”, a niemiecki komplet wałbrzyskiej Friederike, nabierał cech swojskich, tylko dlatego, że opatrzony został uspokajającym nadrukiem z akronimem ZLP (Związek Literatów Polskich). Obłaskawianie obcego…

Okno widziane o na granicy nocy i brzasku  przypomina mi obrazy Hoppera.

Słoneczne światło zastępuje tutaj nocna, miejska  poświata płynąca z placu Zamkowego. Poza tym niemal wszystko się zgadza. Jestem ja, jest oczekiwanie. Napięcie. Wydobywane z niebytu przedmioty. Wyrysowuje je światło ulicznych latarń i iluminacji bożonarodzeniowych.

Okno staje się swoistym passe-partout. Kluczem do odczytywania rzeczywistości. Kluczem do innego świata. Korzystam z tej sposobności i wymykam się na chwilę…

To co widzę, ma się jednak nijak do rzeczywistości tego co tu i teraz.

Niedawno widziałem, po raz kolejny Pingwina (1964), z wbijającą się w ucho muzyką Komedy. Ta-ta-ta ta. Tatata, ta tatata… chodzi za mną od tamtego momentu i nie daje spokoju. Jeśli w ogóle tęsknie za Warszawą, to może tamtą. Szczerze prowincjonalną, wciąż poranioną, pretensjonalnie zalewającą gardło tanią whisky i marzącą o świecie, w której konsumpcja jest cnotą.

Oczekiwanie boli (mówią w Pingwinie), ale odnoszą to do miłości.

Patrzę na okno.

Oczekiwanie uświadamia, że to co nadchodzi jest nieuchronne. I przyjdzie.  Jest wybawieniem.

bez tytułu